DZIAŁAJĄC NIEZALEŻNIE

Jeden z pierwszych postów na tym blogu poświęciłam duńskiej, istniejącej od ośmiu lat platformie artystycznej Sigrids Stue (Salon Zygfrydy), osadzonej w multikulturowym kontekście osiedla Gellerupparken w Aarhus. Umożliwia ona artystom, architektom i aktywistom wdrażanie lokalnych strategii działania, które stanowią alternatywę dla kapitalistycznego paradygmatu rozwoju miast. W tym wypadku są to akcje będące wyrazem krytycznej postawy ich autorów w stosunku do realizowanej od kilku lat rewitalizacji tego terenu. Zespół Sigrids Stue reprezentuje interdyscyplinarny, zróżnicowany geograficznie, kulturowo i wiekowo kontekst oraz składa się z ośmiu do dziesięciu osób. (Więcej informacji można znaleźć na stronie tej platformy.) Nie chcąc powtarzać treści zasygnalizowanych wcześniej, odsyłam was do postu z 28.06.2019 r. Tym razem skorzystałam z okazji swojej krótkiej lutowej rezydencji artystycznej w Sigrids Stue by zebrać informacje o tym, na jakim etapie ten interesujący projekt znajduje się obecnie.

Zespół Sigrids Stue. Od lewej: Marwa Zaher Abdel Aal, Grete Aagaard, Esben Trige, Lars Henningsen, Carl Fraser, Muhammad Ejle. Fot.: A. Molinari

Covid

Ostatnie lata to przede wszystkim arcytrudny okres rzeczywistości covidowej. Instytucje kultury pozamykały swoje przestrzenie, a działania przeniesione do internetu niekoniecznie przynosiły satysfakcjonujące rezultaty. Gdy pytam o ten czas członków projektu, dowiaduję się, że, paradoksalnie, był to bardzo interesujący okres, który dał napęd do jego rozwoju. Po części dlatego, że, nie mogąc podróżować, mogli poświęcić więcej czasu i energii na działania związane z lokalnością. „Muszę powiedzieć, że w czasie covidu byliśmy bardzo aktywni. Utrzymaliśmy nasze spotkania, początkowo online, ale po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że musimy się spotykać w realu – na zewnątrz, siedząc w dystansie od siebie”, wspomina artystka Grete Aagaard.

Lars Henningsen, mający w swym dorobku wiele interesujących projektów artystycznych, lokujących się w obszarze kultury zabawy dzieci (children’s play culture), pospieszył z propozycją twórczych zajęć, które mieszkające na osiedlu dzieci mogłyby realizować w swoich mieszkaniach. Przygotował „torby narzędziowe” umożliwiające samodzielne przeprowadzenie działań artystycznych w różnych technikach. Dostarczył je uczestnikom do domów, a następnie pozostawał z nimi w kontakcie telefonicznym, konsultując, dyskutując i kuratorując wykonanie prac.

Innym projektem, który powstał w tym czasie był „NetWork”, dyskutowany online z londyńskim architektem Carlem Fraserem, architektem Muhammadem Ejle i architektką krajobrazu Jennie Schneider. Był on próbą wizualizacji sposobu, w jaki ludzie współpracują ze sobą w przestrzeni lokalnej. Rozpoczął się od przeprowadzenia zdalnie wywiadów osobami należącymi do sieci kontaktów tego zespołu, a następnie przyjął fizyczną formę sieci uplecionej z linek pofarbowanych na różne kolory wyciągami z rosnących w okolicy ziół. Jak mówi Ambra Molinari, „był on refleksją nad niewidzialną strukturą łączącą niezależne organizacje, nad istotą współpracy i kształtem, jaki ona przybiera”.

Praca nad projektem „NetWork”. Fot.: Sigrids Stue

Gdy po półtorarocznej przerwie Carl mógł wreszcie przybyć na rezydencję, zrealizował na miejscu projekt „Mapping Gellerup”, będący wizualnym przedstawieniem linii czasu, zawierającej zarówno przeszłe jak i bieżące inicjatywy z obszaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego, które równolegle miały miejsce w Gellerup oraz w przestrzeni globalnej.

Carl Fraser, projekt „Mapping Gellerup”. Fot. Sigrids Stue

Okres pandemii to także czas, w którym trwały prace duńskiej artystki Camilli Nørgård, która we współpracy z Sigrids Stue przygotowywała pracę site specific „Omsamling Gellerup” („Ponowny montaż Gellerup”), przeznaczoną dla nowo wybudowanego budynku Centrum Dziecka i Zdrowia. Miał formę kolażu elementów zebranych w okolicy. W swojej części mieszczącej się na zewnątrz stanowił zestawienie sztucznych i naturalnych kamieni znalezionych w różnych lokalizacjach. Wewnątrz był zamontowaną na ścianie kompozycją fragmentów mebli i wyposażenia wnętrz, które zniknęły z przestrzeni osiedla w wyniku wyburzeń budynków. Ostateczny kształt tej instalacji został zamontowany jesienią ubiegłego roku.

Przeprowadzka

Gdy pierwszy atak epidemii covidu uderzył w 2020 r., UdeStue – główny projekt platformy Sigrids Stue, musiał się przeprowadzić. Jest to zestaw kontenerów zaadoptowanych do prowadzenia prac warsztatowych. Sigrids UdeStue (Plenerowy Salon Sigrids Stue), bo tak nazywa się to miejsce, początkowo mieścił się przy planowanym dopiero reprezentacyjnym Karen Blixen Boulevard. W tym czasie była to przestrzeń pionierska. Dookoła roztaczała się pustynia placu budowy. Z drugiej strony jednak UdeStue usytuowany był wzdłuż trasy codziennych wędrówek przechodniów, łatwo więc było o inicjowanie kontaktów społecznych, kluczowych dla tego projektu.

Z czasem jednak, gdy bulwar przybrał ostateczny kształt, zaczął obrastać nowymi budynkami, zarówno biurowymi jak i publicznymi. I tak, w miejscu UdeStue przewidziano bibliotekę. Zespół Sigrids Stue otrzymał nową lokalizację – działkę nieco większą, zdolną pomieścić więcej kontenerów. Ambra Molinari tak określiła sposób funkcjonowania ich zespołu w tym miejscu: „To polega na byciu tam i nie byciu tam, na obecności i rozpoznawalności. Pracowaliśmy na skrzyżowaniu, gdzie nic nie było zaplanowane, więc mogliśmy interweniować w to miejsce i o nie dbać, upiększać je by służyło każdemu”.

Biblioteka Miejska w Gellerupparken zbudowana na miejscu pierwszej lokalizacji UdeStue. Fot.: AW

Lars realizował tam swój procesualny projekt „Plantesanatoriet” („Sanatorium dla roślin”), gromadząc porzucone krzewy i drzewka z Gellerup i Aarhus. Mówiąc o tej przestrzeni, artysta zauważa: „Jednym z głównych tematów tam jest obecność roślin, budynków, ludzi tam będących, mówiących >>hallo<<, działających znowu i znowu. Wiele osób widzi, co robimy i że robimy to w sposób zupełnie inny, działając w innej strukturze społecznej. Myślę, że chodzi o to, że rośliny i ludzie są tam bardzo widoczni”.

Lars Henningsen, projekt „Plantesanatoriet”. Fot.: Sigrids Stue

Gellerup Art Factory

Jednak, gdy w lutym przebywam w Gellerup, Sigrids Stue mieści się tymczasowo w siedzibie Gellerup Art Factory. To usytuowana w nowym budynku organizacja mająca strukturę parasola, rozpiętego nad pięcioma działającymi na osiedlu projektami kulturalnymi. Sigrids Stue jest jednym z nich. W ciągu trzech zimowych miesięcy korzysta z dużej, ogrzewanej i dobrze wyposażonej Sali. Członkowie zespołu podkreślają, że ta sytuacja ma swoje dobre i złe strony. Zaletą jest to, że mogą bardziej aktywnie przyczynić się do współpracy z Gellerup Art Factory w okolicy i wypróbować swoją praktykę w różnych miejscach. Z drugiej strony nie mają kontaktu z tak dużą liczbą przechodniów, jak podczas pracy w Sigrids UdeStue.

Ewolucja idei

Obserwując obecny sposób funkcjonowania tego projektu, dostrzegam jego ewolucję. Kilka lat temu jego głównym celem była organizacja rezydencji artystycznych, w ramach których twórcy realizowali swoje indywidualne działania, krytycznie odnoszące się do procesu gentryfikacji, który mogli obserwować na wyciągnięcie ręki. Obecnie członkowie zespołu Sigrids Stue sami tworzą krytyczne projekty osadzone w lokalnym kontekście. Do przeprowadzanych przez siebie procesów od czasu do czasu zapraszają również zewnętrznych artystów i architektów.

Grete Aagaard podkreśla oparty na współpracy charakter Sigrids Stue: „Jesteśmy w takim samym stopniu uczestnikami tego, co dzieje się w okolicy, jak mieszkańcy są uczestnikami naszego projektu. Bardziej chodzi o tworzenie czegoś razem. Osoby, które przechodzą obok UdeStue, mogą być zaangażowane nawet bez naszej obecności. Można przyjść i posiedzieć na tarasie, zrywać zioła, skakać po kamieniach, odwiedzić Plantsanatorium itp”.

UdeStue w aktualnej lokalizacji. Fot.: AW

Akcja

Wyrazistym przykładem kolaboracyjnej metody działania tego zespołu jest zainicjowana przez Larsa Henningsena akcja „Finder Sted” (ten tytuł to gra słowna w języku duńskim, oznacza zarówno „znaleźć miejsce”, jak i „coś, co się dzieje”). Składa się z kilku etapów. Jednym z nich była prezentacja wydruków wykonanych na przezroczystych foliach, przedstawiających dawne plany Gellerup a także zdjęcia okolicy, wykonane kamerą podczepioną do latawca. Nakładanie wydruków na siebie pozwalało uwidocznić zmiany, jakie zaszły w tej przestrzeni – wyburzenia, budowy nowych struktur, wycinkę drzew itp.

W czasie mojego pobytu rezydencyjnego odbywała się właśnie kolejna część tego projektu, stąd wzięłam w niej udział na zasadzie „wszystkie ręce na pokład”. Jej istota polegała na zestawieniu ze sobą dwóch rzeczywistości. Pierwszą z nich, istniejącą w wymiarze fizycznym, jest Biblioteka Miejska, której nowo wybudowana siedziba znajduje się przy centralnie położonym Karen Blixen Boulevard. Druga rzeczywistość ma charakter efemeryczny. Dotyczy poprzedniego miejsca, w którym znajdowała się UdeStue i funkcjonuje w pamięci jej użytkowników.

Plany obu budynków przenikają się. Dlatego, na podstawie wykonanego z pamięci przez Ambrę Molinari rysunku, odtworzyliśmy z listewek zarys UdeStue w skali 1:1, lokując go częściowo na podłodze Biblioteki, a częściowo poza jej murami. W ten sposób próbowaliśmy uwidocznić sposób, w jaki nowy budynek staje się kolejną warstwą, przykrywającą czyjeś wcześniejsze przeżycia i doświadczenia. Lars mówi, że chce mieć prawo do publicznej demonstracji: „byliśmy obecni w tym miejscu i w tamtym czasie, i mieliśmy wiele znaczących doświadczeń w zespole Sigrids Stue oraz wspólnie z zaangażowanymi ludźmi z okolicy”. Bo, jak twierdzi, ludzie szybko zapominają zachodzące w przestrzeni procesy i czują się do niej zdystansowani.

Realizacja projektu „Finder Sted”. Fot. Sigrids Stue

Już po moim wyjeździe miał się odbyć kolejny etap tego projektu, polegający na odtworzeniu planu nieistniejącego już przedszkola, które w przeszłości mieściło się na terenie pomiędzy dzisiejszą biblioteką a nową fontanną.

Ogrody działkowe

Jedną z cech charakterystycznych tego osiedla, zbudowanego na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku zgodnie z ideami Le Corbusiera, były szerokie, zielone przestrzenie między blokami, mieszczące przeznaczone do użytku mieszkańców ogrody działkowe. Uchwalony w ramach rewitalizacji masterplan już ich nie przewiduje. Bloki ulegają stopniowemu wyburzaniu, a na ich miejsce zostaną wybudowane domy jednorodzinne otoczone prywatnymi ogródkami. Jednak podczas publicznego wysłuchania gminy, które dotyczyło dzielnicy Dortesvej, w której znajduje się mieszkanie Sirids Stue, ta kwestia została podniesiona. Uznano te publiczne ogrody użytkowe za unikalne i żywe dziedzictwo kulturalne epoki modernizmu, które przyczynia się do wzmocnienia poczucia przynależności i spójności społecznej, produkcji żywności i częściowej samowystarczalności ich użytkowników. Ponadto doceniono fakt, że wieloetniczna grupa beneficjentów ogrodów tworzy produktywną i społecznie trwałą część społeczeństwa. Dlatego zadecydowano, iż te, które są obecnie likwidowane, muszą zostać odtworzone w innym miejscu. Uzgodnienia te zostały zapisane w tekście umowy społecznej. Dla Sigrids Stue oraz lokalnego stowarzyszenia Grønærten, skupiającego użytkowników działek fakt ten stał się podstawą do tego, by przypilnować realizacji tej obietnicy. Obecnie członkowie zespołu Sigrids Stue, architekt Carl Fraser i architekt Muhammad Ejle przygotowują projekt i model ogrodu w nowej lokalizacji.

Przyszłość

Przy tego rodzaju projektach, opartych na niepewnym, nieciągłym finansowaniu, w sytuacji braku trwałego zabezpieczenia lokalowego i konieczności nieustannego inwestowania czasu i energii zaangażowanych osób na zasadach wolontariackich, chcąc nie chcąc nasuwa się kwestia możliwości ich przetrwania w długim czasie.

Podstawowym problemem, nad którym pracuje zespół Sigrids Stue, jest przestrzeń publiczna osiedla i los zamieszkałych tam osób. Czas, w którym prowadzi swoje działania, pokrywa się z okresem, kiedy przestrzeń ta jest intensywnie rewitalizowana, w wyniku czego lokalna struktura społeczna ulega zdecydowanej zmianie. Podobnie dzieje się z relacjami własnościowymi, dotyczącymi osiedlowych gruntów, a co za tym idzie, z relacją władzy rozstrzygającej o losach tego terenu i jego mieszkańcach.

Z punktu widzenia własnościowego obecnie Gellerupparken przypomina patchwork. Podzielony jest pomiędzy gminę Aarhus, spółdzielnię mieszkaniową Brabrand Boligforening i prywatnego dewelopera, który zakupił jego część. Zespół Sigrids Stue przyjął strategię prowadzenia dialogu ze wszystkimi decydentami. Grete przyznaje: „Trudno jest pozostać tutaj jako niezależne miejsce artystyczne. Walczyć o trochę przestrzeni, w której moglibyśmy pracować. Pytanie więc, ile miejsca potrzebujemy dla UdeStue, który ma wymiary zaledwie trzy na dziesięć metrów? Jaka jest jego cena? Czy powinniśmy zrobić crowdfunding, aby kupić ten mały kawałek ziemi, by móc tu zostać, być obecnym i mieć jakiś wpływ? Czy ta łyżka ziemi jest nam potrzebna? W ten sposób zaczyna się myśleć w kategoriach kapitalistycznych. Czy to naprawdę konieczne?”. „Z drugiej strony”, zastanawia się Ambra, „kiedy jesteś właścicielem, masz niezależność. Teraz za każdym razem musimy prosić o pozwolenie”. A Lars żartuje na koniec rozmowy: „Kiedy przyjdziesz następnym razem, zobaczysz wszystkie kontenery stojące jak wieża, aby zajmowały jak najmniej miejsca”.

Reklama

ACTING INDEPENDENTLY

One of the first posts on this blog was dedicated to the Danish art platform that has been establishing itself over the last decade Sigrids Stue (Sigrid’s Living Room), set in the multicultural context of the Gellerupparken neighbourhood in Aarhus. It enables artists, architects, and activists to implement local action strategies that give alternatives to the capitalist paradigm of urban development.  In this case, these actions are an expression of the critical attitude of their authors towards the revitalization of this area, which has been carried out for several years. Sigrids Stue’s team represents an interdisciplinary, geographically, culturally, and age-diverse context and consists of eight to ten people. (More information can be found on the website of the platform.) Not wanting to repeat the content signaled earlier, I refer you to the post from June 28, 2019. This time I took the opportunity of my short artistic residency at Sigrids Stue in February to gather information about the current stage of this interesting project.

Sigrid Stue’s ream. From left: Marwa Zaher Abdel Aal, Grete Aagaard, Esben Trige, Lars Henningsen, Carl Fraser, Muhammad Eile. Photo: A. Molinari

Covid

We now exist in the aftermath of the extremely difficult period following our new covid reality. Different ways of working meant that cultural institutions closed their spaces, and activities migrated to the Internet where they did not necessarily experience satisfactory results. When I ask the members of the project about this time, I find that, paradoxically, it was a very interesting period that provided the additional drive for their development. Partly because, not being able to travel, they could devote more time and energy to local activities. „I must say that we have been very active during covid. We kept our meetings, initially online, but after a while we realized that we had to meet in real life – outside, keeping our distance from each other,” recalls artist Grete Aagaard.

Lars Henningsen, whose achievements include many interesting artistic projects in the field of children’s play culture, responded quickly to emerging situations to propose creative activities that children living in the neighbourhood could pursue in their apartments. He prepared „tool bags” enabling independent creative tasks to be explored alongside various techniques. He delivered them to the participants’ homes, and then stayed in touch with them by phone, advising, discussing, and curating the execution of the works.

Another project that emerged around this time was „NetWork”, discussed online with London-based architect Carl Fraser, architect Muhammad Ejle, and landscape architect Jennie Schneider. It was an attempt to visualize the way people work together in the local space. It began with remote interviews with people belonging to the team’s network of contacts, and then took the physical form of a network made of ropes dyed in various colors with extracts from herbs growing in the area. As Ambra Molinari says, „it was a reflection on the invisible structure connecting independent organizations, on the essence of collaboration, and the shape it takes”.

Working on the „NetWork” project. Photo: Sigrids Stue.

When, after a year and a half break, Carl was finally able to re-engage with the residence, he implemented the „Mapping Gellerup” project on site, which was a visual representation of a timeline containing both past and current initiatives in the field of social, cultural, and political life that took place simultaneously in Gellerup and globally.

Carl Fraser, project „Mapping Gellerup”. Photo: Sigrids Stue

The period of the pandemic was also the time when the Danish artist Camilla Nørgård, in cooperation with Sigrids Stue, was realizing her site-specific work „Omsamling Gellerup” („Reassembling Gellerup”), intended for the newly built building of the Child and Health Center. It had the form of a collage of elements collected in the area. Located outside, you will find a juxtaposition of artificial and natural stones collected from various locations. Inside, it was a wall-mounted composition of fragments of furniture and interior furnishings that had disappeared from the spaces of the neighbourhood because of the demolition of buildings. The final form of this installation was completed last autumn.

Relocation

As the covid epidemic’s first attack struck in 2020, Sigrids Stue’s main project The UdeStue had to move. It is a set of containers adapted to facilitate workshops. The Sigrids UdeStue (Sigrids Stue’s outdoor living room), was initially located beside the (still to be built) Karen Blixen Boulevard. At the time, it was a pioneering space. All around was the desert of a construction site. On the other hand, The UdeStue was located along a daily route of passers-by, so it was easy to initiate social contacts, which was crucial for this project.

Over time, however, when the boulevard took its final shape, it began to overgrow with new buildings, both offices, and public ones. And so, in place of The UdeStue, a library was provided. The Sigrids Stue team received a new location – a slightly larger plot, able to accommodate more containers. The visual anthropologist Ambra Molinari in this way described the way their team operates there: „It’s about presence and recognition. We were working at an intersection where nothing was planned, so we could intervene in this place and take care, and make it an inviting place for everyone to enjoy and to be around”.

Gellerupparken Municipal Library, built on the site of the first UdeStue location. Photo: AW

There, Lars carried out his processual project „Plantesanatoriet” („Plant Sanatorium”), collecting abandoned shrubs and trees from Gellerup and Aarhus. Speaking about The Sigrids UdeStue, the artist notes: „One of the main themes there is presence: the plants, the house, people being there, saying ‚Hallo’, doing tasks again and again. A lot of people can see what we are doing and see that we are doing things in quite another way, in another social structure, and yet they are recognizable. I think the point is that plants and people are being very visible down there”.

Lars Henningsen, project „Plantesanatoriet”. Photo: Sigrids Stue

Gellerup Art Factory

However, when I am in Gellerup in February, Sigrids Stue has chosen to temporarily move to Gellerup Art Factory’s space in the new Sport and Culture Campus at Karen Blixen Boulevard. It is an organization having a structure of an umbrella spread over five cultural projects operating in the estate. Sigrid Stue is one of them. During the three winter months, it has used a large, heated, and well-equipped room. The team members emphasize that this situation has its good and bad sides. The advantages are that they can more actively contribute to the collaboration with the Gellerup Art Factory in the area and try their praxis out in different settings. On the other side, they are not in contact with as many passers-by as when they are working in The Sigrids UdeStue.

Evolution of the idea

Observing the current way of functioning of this project, I can see its evolution. A few years ago, its main goal was to organize artistic residencies, in which artists carried out their activities, critically referring to the gentrification process, which they could observe at their fingertips. Currently, members of Sigrids Stue’s team create critical projects embedded in the local context themselves. They also invite external artists and architects to their processes from time to time.

Grete Aagaard emphasizes the collaborative nature of Sigrids Stue: „We are as much participants in what happens in the area as the inhabitants are participants in our project. It is more about creating something together. People that pass by the UdeStue can furthermore be engaged even without our presence there. People can come and sit on the terrace or pick herbs, jump on the stones, visit the Plantsanatorium, etc”.

UdeStue at its current location. Photo: Sigrids Stue

Action

A clear example of the team’s collaborative method of operation is the action „Finder Sted” (this title is a word game in Danish, it means both „to find a place” and „something that happens”) initiated by Lars Henningsen. It consists of several stages. One of them was a presentation of prints made on transparent foil, showing the old plans of Gellerupparken, as well as photos of the area, made with a camera attached to a kite. Overlapping the prints on top of each other made it possible to visualize the changes that had taken place in this space – demolition, construction of new structures, felling of trees, etc.

During my residency, the next part of this project was coming about, so I took part in it on an „all hands on deck” basis. Its essence consisted in juxtaposing two realities. The first of them, existing in the physical dimension, is the Municipal Library, whose newly built seat is located at the centrally located Karen Blixen Boulevard. The second reality has an ephemeral character. It refers to the previous place where The UdeStue was located and functions in the memory of its users.

The plans of both buildings overlap. Therefore, based on a drawing made from memory by Ambra Molinari, we recreated the outline of The UdeStue from slats in a 1:1 scale, placing it partly on the floor of the library and partly outside its walls. In this way, we tried to show how the new building becomes another layer, covering someone’s previous experiences. Lars says he wants to have the right to demonstrate publicly: „we were present in this place at that point and had a lot of meaningful experiences together within Sigrids Stue’s team, and people from the area that were involved”. Because, as he claims, people quickly forget the processes taking place in space and feel distanced from them.

Implementation of the „Finder Sted” project. Photo: Sigrids Stue

After my departure, the next stage of this project was to take place, consisting in recreating the plan of a no longer existing kindergarten, which in the past was located in the area between today’s library and a new fountain.

Allotment gardens

One of the characteristics of this estate, built in the 1960s and 1970s following the ideas of Le Corbusier, were wide, green spaces between the blocks, with allotment gardens, intended for residents to use. A master plan adopted as part of the revitalization no longer provides for them. The blocks are being gradually demolished and single-family houses surrounded by private gardens will be built in their place. However, during the communal public hearing, which concerned the Dortesvej quarter where Sirids Stue’s apartment is located, the issue of the allotments was raised. These public utility gardens have been recognized as a unique and living cultural heritage of the modernist era, which contributes to strengthening the sense of belonging and social cohesion, food production, and partial self-sufficiency of their users. In addition, the fact that the multi-ethnic group of garden beneficiaries creates a productive and socially sustainable part of society was appreciated. Therefore, it was decided that those that are scheduled to be removed and paved over must be reconstructed elsewhere. These arrangements were enshrined in the text of the social contract. For Sigrids Stue and the local association of the gardens’ users Grønærten, this fact has become the basis for ensuring that this promise is fulfilled. Currently, members of Sigrids Stue’s team, Carl Fraser, and Muhammad Ejle are preparing a design and model of the garden in the new location.

Future

With these types of projects, based on uncertain, discontinuous financing, in the absence of permanent housing security and the need to constantly invest time and energy to involve people on volunteer terms, the issue of the precarity of their survival over a long time arises.

The basic problem that Sigrids Stue is working on is the public space of the estate and the fate of the people residing there. The time in which it conducts its activities coincides with the period when this area is intensively revitalized, and because of this, the local social structure changes significantly. The same happens with ownership relations regarding local land, the balance of power determining the future of this area and its inhabitants.

From an ownership point of view, Gellerupparken resembles a patchwork. It is divided between the Municipality of Aarhus, the Brabrand Housing Cooperative, and a private developer, who has recently purchased parts of it. The Sigrids Stue team adopted a dialogue strategy with all decision-makers. Grete admits: „It is challenging to stay here as an independent art space. To fight for a little bit of space where we could work. So, it is a question of how much space we need for the UdeStue that just measures three x ten meters. This is a space where The UdeStue is now. What is the price for it? Should we make a crowdfunding to buy this little piece of land just to be able to stay here, to be present, and to have some kind of impact? Do we need this spoonful of land?  Then you are entering the capitalist way of thinking. Is that really necessary?”. „On the other hand,”, Ambra wonders, „when you are the owner, you have independence. Now we must ask for permission each time.” And Lars jokes at the end of the conversation: „When you come the next time you will see all the containers standing like a tower to occupy as little land as possible.”

OUR VOICES SHOULD BE LOUD. SECOND TALK WITH NATALIA REVKO

I met with Natalia Revko, a Ukrainian curator from Odesa. After the Russian army invaded her country, she came to Gdańsk at the invitation of the Laznia CCA. And since then, he has been staying here in a framework of so-called „crisis residencies” curated by Aleksandra Księżopolska and Lila Bosowska.

I conducted and published my first interview with Natalia shortly after she arrived in our city. Then we talked about the ad hoc exhibition „I can talk only about war / I can talk not only about war” organized by her at the turn of April and May, and about her predictions. Currently, I am curious if and how she found a place for herself in Gdańsk and how she assesses the situation of Ukrainian culture in the conditions of war.

The following months of your residency in Gdańsk have passed. How did you spend them?

Do you mean the time after the exhibition that we organized in Laznia CCA?

Exactly.

It took me some time to reflect on the exhibition because it was process based and so intense. Then I was working on an article about it for the magazine “Ręcznik”. And I see this article as a part of the exhibition, which is not only a description or comment but a summing up and conclusion of it.

Later, this summer, I was working on an exhibition “Her left year is shorter than her right”, during which for the first time I acted as an artist. This project took place in Berlin, in Galerie im Turm. My work consisted of two parts. The first part was an essay that I based on my text written before the invasion. It was about the history of modern and contemporary art in Ukraine and how the city topography influences an artistic practice: how artists employed city streets, seashores, and apartments to create and avoid the panoptical eye of the Soviets. I took this text and I looked at it from the perspective of a person who lives after the invasion. 

The second part was connected to the artwork “Borderline between two surroundings” by the conceptual artist Leonid Voitsekhov.

It is simple work at first glance. This is an inscription in Russian on tracing paper written on both sides of it: “Borderline between two surroundings”, and dates: Wednesday, 15 February 1984; Wednesday, 22 February 1984. I was researching its context and meaning. I found out that in the 80s and 90s one of the curators and thinkers from Odesa, who is now a professor in the US, Vadim Besprozvany, was having a jour fixe – a day when everyone could come to his place. It was on Wednesdays.

This work is in Moscow now, in a collection of Elena Kuprina-Lyakhovich. I have never seen the original one, but I found a photo of it in the archives. So, I decided to copy it. And then, I tried to translate it. It is so complicated because srieda means both ‘surrounding’ and ‘Wednesday’. So, it is a word game and toying with the context. The translation of it was a significant challenge for me. How to speak about art that is very rooted in the language? Or how to speak about a very specific situation when unofficial art was emerging during the Soviet times? Or even now, how to explain to people who ask me about my experience? Finally, I realized that I couldn’t translate this work, but I could make a message that contained layers of contexts.

This exhibition was very important for me. I had it together with Kandis Friesen, a friend of mine. In this project, she worked with her aunt’s story, who was a Mennonite. It was a work about an experience of displacement lived through by her aunt and how she tried to recreate the mountain view she had in Dushanbe (Tajikistan) in her new apartment in Germany.

It was important to me to work as an artist with the material I love (Odesa art archives). And I am considering continuing this practice.

This summer I also participated in the Salzburg Summer School and visited Documenta XV. It was the first big art event I have ever visited in my life. I was in Odesa, too…

I just wanted to ask you about your project there.

I made a few projects there. One of them is an online project made with the Museum of Odesa Modern Art, Past/Future/Art platform, and with my NGO “Slushni Rechi” (Sure Things). It focused on the environmental changes caused by Russia’s invasion of Ukraine. It is too difficult to give a final statement about the war, so we decided to make a laboratory for artists. This project was supported by the British Council.

A big part of it was a sound laboratory organized together with the UK organizations SoundCamp and Acoustic Comments. We sent five stream boxes to artists located in Ukraine. These boxes are supposed to stream in real-time the unedited sound of the environment. This part of the project is available online. We want to publish a website connected to the laboratory results as well. It was planned to be ready this month, but now we have huge blackouts in Ukraine, and artists, developers, and the team need more time.

The project „Land to Return, Land to Care”, a photo from an autumn trip organized by Viktor Konstantinov.

In addition, when I was in Odesa, I was continuing my research of the local art history. I was visiting a few artists, but also art historians of the 1970’s generation. Somehow, I started to be interested in this period, which was so far outside of my interest because I was mostly researching performance, conceptual art, video art, etc. And this group was focused on painting but very abstract, and very experimental. In Soviet times, it was not safe to practice this type of art. They struggled and stayed underground.

Now I am going back to Ukraine again to continue this research. I also collaborated with my friend, who is a professional photographer, to make copies of sketches and archival documents. I met with the artist Viktor Maryniuk, who preserved a lot of photos and objects of his practice, and other artists of his group. The time of the 1970s was called zastoi, stagnation, the time of crushed hopes after Khrushchev Thaw. It was a period of harsh strict rules. So, the artists I’m interviewing now needed to put a lot of effort into even finding information about art that fell out of the ideological paradigm.

One of them, Lyudmila Yastreb, called her group “garbage people” because they were collecting things that were garbage for the Soviet system, like vernacular culture, Ukrainian art of the 1920-30s, sacral culture, etc.

Do they all live in Odesa?

Yes, I met two artists – Viktor Maryniuk and Valeriy Basanets, but also an art historian Tatiana Basanets. At that time, she organized underground apartment exhibitions. I also plan to visit one artist from this group who lives in Germany now – Volodymyr Strelnikov.

I feel that the opportunities to talk to them fade twice faster now. On one hand, you understand that you must make it fast because people pass away. This is natural. But also, these people live during the war, and you don’t know what will happen to them. And to their private archives. I have hard drives with all things that I gather. I am collecting a lot now and it is difficult to have so much information just in my head. Now I want to focus on writing.

How do you assess what is currently happening in Ukrainian art, both in the country and in exile, during the war? What is happening in Kyiv and other centers?

For sure now the art scene inside Ukraine is very active. My colleagues do their best. We can visit exhibitions, concerts, and plays. Even during blackouts people turn on lighters and watch exhibitions. I think people are striving for art. Of course, it is not possible in all cities in Ukraine. Only in those relatively safe, though I doubt there is a safe place in Ukraine now. A lot of grassroots initiatives emerged. But also, some institutions show their strength. Of course, a lot of projects are connected to the experience of the war…

Speaking about the outside… There are so many Ukrainians around the world now. What I saw in the first month was more of a presentation of the art scene from Ukraine, to show that it is contemporary, it is interesting and sometimes radical. And now I can see that some of the projects started to create contacts and connections among institutions. It is a great sign.

There’s one more thing I wanted to discuss with you. Do you think that the experience of war will give impetus to an eruption of creativity in this part of Europe? I have such an experience when in 1995 I went for an artist’s residency in New York. For me, a young Polish woman artist, finding myself in this artistic mecca was an absolute dream come true. Once I was there, I ran from one vernissage to another. It was a shock that several openings could take place in one day in the same building (the so-called „gallery building”). From one to the other, I moved by elevator…

And yet, having satiated by the intensity, I concluded that New York had disappointed me. It was a time when the art market was developing intensively there, and creativity was incredibly commercialized. Manhattan was undergoing a revitalization process. Both artists and interesting independent projects were landing on the pavement. And at the same time, Polish art was boiling. The fall of the Iron Curtain gave such a strong impulse that the artists thought their creative possibilities were limitless. Interesting, independent initiatives multiplied like mushrooms after rain. And from that perspective, the artistic life in New York seemed very bland to me.

Do you think that the current situation in Ukraine has a similar culture-forming potential as the end of communism in Central and Eastern Europe?

It is a complex question; I would like to divide my answer into a few parts. The first part will be the saddest because a lot of very, very talented and best people are on the frontline now. They are activists, musicians, and artists. In addition, a lot of people from the culture sector changed their occupations and became volunteers.

Another part of it concerns the problem of finding words. How to speak about our experience? In this Laboratory that I was talking about earlier, there is one of the questions: how can we find words to speak about war? It makes us speechless, but also it is a time when our voices should be loud… So, I think that in this process of finding the language something will be developed.

After all, we remember the huge question faced by artists after World War II: in what form to express the bottomless drama of the Holocaust? And only abstract expressionism became a form with which they could express their emotions…

Now we talk a lot not only about creativity but about knowledge and understanding the place of Ukraine in the world economy and politics. And it shows that the position of Ukraine is very important in the world. It is attacked and the war is within its borders, but also outside its borders. Because of resources, food, energy, and many more things.

And now, for sure, not only the creative part of society but also other communities reflect on their identities and revise history. I see the huge interest in Ukrainian history, literature, and arts in Ukrainian society, inside the country and outside of it. Various people become interested in the Ukrainian language and a lot of bilingual or Russian-speaking people switch to it. This is also a big cultural shift.

We can see now all these colonial influences from Russia that Ukraine had lived with after gaining Independence in 1991. These influences are projected not only through the culture, but also through our military system, economy, infrastructures, etc. Also, religion was a big part of it. And now we are breaking these ties. Finally, because it was so difficult to break some of them even a few years ago.

Another thing I am sure of is that a lot of great works of art and literature will appear. But what we need to understand is that we have also to do our work on building institutions because you cannot live on your creativity and motivation only. We need working systems.

Recently, you organized a project in Gdańsk with the participation of Ukrainian artists who are here in residence. Could you tell me something about it?

This was a great experience. It started from the moment when curators of the residency program Lila Bosowska and Aleksandra Księżopolska proposed to apply together to the Goethe Institute for a grant for Ukrainian culture workers. We decided to develop a project, which would be focused on supporting artists, but also on creating connections and less on the artwork production.

This program consisted of a few parts. In the framework of the first one, we invited here one more resident, Anastasia Kolibaba from Ukraine, we allocated money to provide scholarships for artists, provide them money for materials, and organize different workshops around the city (like photo laboratory, ceramics, epoxy carving), for a lot of different things that people needed to learn. It was a fine idea because it is not only about skills but also about communication with other artists who have studios etc.

Open studios at the Laznia CCA, Gdańsk. Photo: courtesy of Natalia Revko

Secondly, we launched sharing programs between Ukrainian artists and a little bit more experienced Polish artists, who can help our residents to develop their practice and learn more about the art scene in Poland. And a series of workshops to teach them such important things as how to write a grant application, an artistic statement, a proper resumé, or prepare a portfolio. In the end, we created open studios, where people came and saw the works that were developed during these two months. I think I even received better experiences than I planned, like the feedback in private conversations from people saying that this is what they need. The most important part of it was that they contacted many people: Katarzyna Józefowicz, Iwona Zając, Anna Królikiewicz, Ania Kwiatkowska, Dominika Skutnik, Bogna Burska, and you. So, it was very intense, but it also gave me so much motivation to continue something like this, to focus on projects dedicated to supporting artists, with less focus on production.

Then I will ask you the last question: what is your vision for your near future?

Now I am going to Ukraine for a month.

To Odesa?

I will be in Lviv for a few days because the travel is long, over thirty hours by bus. So, I decided to make a small stop there. And then I will go to Odesa. I will continue my research and I want to spend Christmas with my family. It is very important for me as well. After this, I will have a residency in Košice. But I also plan a project with Traffic Design in Gdynia. It will be an exhibition of the artistic and architectural group MNPL from Odesa, with which I have been working for years. Their vibe is very close to Traffic Design’s vibe. We plan to make this exhibition in spring.

I think I will still make many trips to Ukraine because it is difficult for me to stay abroad longer than two months, without seeing my family, my community, my boyfriend, and my places. And I am looking for studies. I would like to find a nice program and continue my education.

Moreover, we have a lot of plans with “Slushni Rechi” because we began online meetings with a group of up to 20 people from Odesa who are in different countries now. We try to figure out how to continue our work as an organization and discuss how to work in the conditions when we are dispersed. We would like to develop a local context. And soon we should have our website with materials and projects. It is a lot to work on…

Thank you very much for taking the time with me.

P.S.

I conducted the above interview in Gdańsk on December 13, 2022, just before Natalia left for Ukraine. Her exhausting trip to Odesa and power shortages locally caused the publication of this interview to be delayed. I am even more grateful to her for working with me.

NASZE GŁOSY POWINNY BYĆ SŁYSZALNE. DRUGA ROZMOWA Z NATALIĄ REVKO

Spotkałam się z Natalią Revko. To ukraińska kuratorka, pochodząca z Odessy. Po napaści rosyjskiej armii na jej kraj przyjechała do Gdańska na zaproszenie CSW Łaźnia. I od tamtego czasu przebywa tu w ramach programu tzw. „kryzysowych rezydencji”, którego kuratorkami są Aleksandra Księżopolska i Lila Bosowska.

Swój pierwszy wywiad z Natalią przeprowadziłam i opublikowałam niedługo po jej przybyciu do naszego miasta. Rozmawiałyśmy wtedy o zorganizowanej przez nią ad hoc, na przełomie kwietnia i maja, wystawie „Mogę mówić tylko o wojnie / Mogę mówić nie tylko o wojnie” i o przewidywaniach dotyczących przyszłości. Obecnie byłam ciekawa, czy i w jaki sposób odnalazła w Gdańsku miejsce dla siebie i w jaki sposób ocenia sytuację kultury ukraińskiej w warunkach wojennych.

Minęły kolejne miesiące twojego pobytu rezydencyjnego w Gdańsku. Jak je spędziłaś?

Masz na myśli czas po wystawie zorganizowanej w Łaźni?

Tak.

Zajęło mi trochę czasu, aby zastanowić się nad wystawą, ponieważ była ona tak intensywna i w dużym stopniu oparta na procesie. Potem pracowałam nad artykułem na jej temat, przeznaczonym dla magazynu „Ręcznik”. I myślę, że ten artykuł jest częścią wystawy. To nie jest tylko tekst, którego rolą jest tylko komentowanie rzeczy, ale jego zadaniem jest analizowanie i wyciąganie wniosków.

Latem pracowałam nad wystawą “Her left year is shorter than her right”, podczas której po raz pierwszy prezentowałam się jako artystka. Ten projekt miał miejsce w Berlinie, w Galerie im Turm. Moja praca składała się z dwóch części. Jedną z nich był esej, w którym wykorzystałam swój tekst napisany przed inwazją. Opowiadał o historii nowoczesnej i współczesnej sztuki w Ukrainie oraz o wpływie topografii miasta na praktykę artystyczną i performansy, o tym, jak artyści wykorzystywali miejskie ulice, wybrzeża, mieszkania by móc uprawiać swój zawód i by uniknąć panoptycznego wzroku Sowietów. Wykorzystałam ten tekst i spróbowałam spojrzeć na niego oczami osoby, która żyje po inwazji.

Druga część nawiązywała do pracy „Borderline between two surroundings” (Granica między dwoma przestrzeniami) artysty konceptualnego Leonida Voitsekhova.

Na pierwszy rzut oka jest to bardzo czysta forma, dwustronny napis w języku rosyjskim na kalce technicznej: „Borderline between two surroundings”, daty: środa, 15 lutego 1984 r.; środa, 22 lutego 1984 r. Badałam jej kontekst i znaczenia. Dowiedziałam się, że w latach 80. i 90. jeden z kuratorów i myślicieli z Odessy, obecnie profesor w USA, Vadim Besprozvany, miał jour fixe – dzień, w którym każdy mógł przyjść do niego. To były środy.

Ta praca jest teraz w Moskwie, w zbiorach Eleny Kupriny-Lyakhovich. Nigdy nie widziałam oryginału, ale znalazłam jego zdjęcie w archiwach. Postanowiłam więc zrobić kopię, a potem próbowałam to przetłumaczyć. To bardzo skomplikowane, ponieważ srieda oznacza zarówno otoczenie, jak i środę. Jest to więc gra słów i gra z kontekstem. Tłumaczenie było dla mnie wielkim wyzwaniem. Jak mówić o sztuce mocno zakorzenionej w języku? Albo jak mówić o bardzo specyficznej sytuacji, kiedy sztuka nieoficjalna powstawała w czasach Związku Radzieckiego? Albo nawet teraz, jak wytłumaczyć ludziom, którzy pytają mnie o moje doświadczenia? W końcu zdałam sobie sprawę, że nie mogę przetłumaczyć tej pracy, ale mogę przekazać jej przesłanie zawierające warstwy kontekstów.

Ta wystawa była dla mnie bardzo ważna. Miałam ją razem z Kandis Friesen, moją przyjaciółką. Ona pracowała w tym projekcie nad historią swojej ciotki, która była menonitką. Była to praca o doświadczeniu wysiedlenia ciotki i o tym, jak próbowała w swoim mieszkaniu w Niemczech odtworzyć widok na górę, jaki miała w Duszanbe, w Tadżykistanie.

Dla mnie osobiście było to bardzo ważne, ponieważ pracowałam jako artystka z materiałem, który kochałam (archiwa sztuki w Odessie). I naprawdę rozważam kontynuację tej praktyki.

Ponadto brałam udział w Salzburg Summer School i odwiedziłam Documenta XV. Było to pierwsze duże wydarzenie artystyczne, na którym byłam w życiu. Byłam również w Odessie…

Właśnie chciałam cię zapytać o realizowany tam projekt.

Zrobiłam tam kilka projektów. Jednym z nich był projekt on-line zrealizowany z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Odessie, z Past/Future/Art. platform i z moją organizacją pozarządową „Slushni Rechi” (Słuszne Rzeczy). Dotyczył zmian środowiskowych spowodowanych rosyjską inwazją na Ukrainę. Zbyt trudno jest wypowiedzieć się na temat wojny, dlatego postanowiliśmy zrobić laboratorium dla artystów. Projekt ten był wspierany przez British Council.

Dużą jego część stanowiło laboratorium dźwiękowe zorganizowane wspólnie z brytyjskimi organizacjami SoundCamp i Acoustic Comments. Wysłaliśmy pięć odtwarzaczy sieciowych do artystów znajdujących się w Ukrainie. Miały one nadawać w czasie rzeczywistym surowy dźwięk otoczenia. Ta część projektu jest dostępna online. Chcemy opublikować stronę internetową związaną z tym laboratorium. Miał być gotowy w tym miesiącu, ale teraz w Ukrainie mamy duże przerwy w dostawie prądu, a nasi artyści, programiści i zespół potrzebują więcej czasu.

Projekt „Land to Return, Land to Care”, zdjęcie z jesiennej wycieczki zorganizowanej przez Viktora Konstantinova.

Ponadto, kiedy byłam w Odessie kontynuowałam moje badania nad lokalną historią sztuki. Odwiedzałam kilku artystów, ale także historyków sztuki pokolenia lat 70. W jakiś sposób zaczęłam się interesować tym okresem, który do tej pory był poza moimi zainteresowaniami, ponieważ zajmowałam się głównie performansem, sztuką konceptualną, sztuką wideo itp. A ta grupa skupiała się na sztukach pięknych, malarstwie, ale bardzo abstrakcyjnym, bardzo eksperymentalnym. W czasach sowieckich uprawianie tego rodzaju sztuki nie było bezpieczne. Borykali się, musieli pozostawać w podziemiu.

Teraz znów jadę na Ukrainę, aby kontynuować te badania. Współpracowałam też z moim przyjacielem, który jest zawodowym fotografem, by zrobić kopie kilku starych szkiców i dokumentów archiwalnych. Spotkałam się z artystą Viktorem Maryniukiem, który zachował wiele zdjęć i obiektów, swoich i innych artystów z jego grupy. Okres lat 70. nazywany był zastoi, to była stagnacja, wiele nadziei prysło po odwilży chruszczowowskiej. Czas, kiedy prawo było bardzo surowe. Artyści, z którymi teraz przeprowadzam wywiady, musieli więc włożyć wiele wysiłku w znalezienie choćby informacji o sztuce, która wypadła z ideologicznego paradygmatu.

Jedna z artystek, Lyudmila Yastreb, nazwała tę grupę „śmieciarzami”, ponieważ zbierali oni rzeczy, które były śmieciami dla systemu sowieckiego, jak kultura wernakularna, sztuka ukraińska z lat 1920-30.

Oni wszyscy mieszkają w Odessie?

Tak, poznałam dwóch artystów – Viktora Maryniuka i Valeriya Basanetsa, ale także historyczkę sztuki Tatianę Basanets. W tym czasie ona organizowała tajne wystawy w mieszkaniach prywatnych. Chcę też odwiedzić jednego artystę z tej grupy, która mieszka teraz w Niemczech – Volodymyra Strelnikova.

Mam wrażenie, że możliwości rozmowy z nimi znikają teraz dwa razy szybciej. Z jednej strony rozumiesz, że musisz to zrobić szybko, bo ludzie odchodzą. To jest naturalne. Ale też ci ludzie żyją w czasie wojny i nie wiadomo, co się z nimi stanie. I z prywatnymi archiwami. Mam twarde dyski ze wszystkimi rzeczami, które gromadzę. Zbieram teraz dużo i niełatwo jest mieć tyle informacji. Teraz naprawdę chcę się skupić na pisaniu.

Jak oceniasz to, co obecnie, w czasie wojny, dzieje się w sztuce ukraińskiej, tej tworzonej zarówno w kraju jak i na uchodźctwie? Co się dzieje w Kijowie i innych ośrodkach?

Na pewno teraz scena artystyczna na Ukrainie jest bardzo aktywna. Moi koledzy robią, co w ich mocy. Nawet podczas przerw w dostawie prądu ludzie włączają zapalniczki i oglądają wystawy. Myślę, że ludzie tęsknią za sztuką. Oczywiście nie we wszystkich miastach w Ukrainie jest to możliwe. Tylko w miastach względnie bezpiecznych, nawet jeśli wątpię, czy są teraz bezpieczne miejsca w Ukrainie. Pojawiło się wiele inicjatyw oddolnych. Ale także niektóre instytucje pokazują swój potencjał. Oczywiście wiele projektów jest związanych z doświadczeniem wojny…

Mówiąc o sytuacji na zewnątrz… Na świecie jest teraz tak wielu Ukraińców. To, co zobaczyłam w pierwszym miesiącu, było czymś w rodzaju prezentacji ukraińskiej sceny artystycznej, by pokazać, że jest współczesna, ciekawa, czasem radykalna. Teraz widzę, że niektóre projekty zaczęły tworzyć jakieś kontakty i powiązania między instytucjami. To wspaniały znak.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałam z tobą przedyskutować. Czy sądzisz, że doświadczenie wojny da impuls do erupcji kreatywności w tej części Europy? Mam takie doświadczenie z czasu, gdy w 1995 r. pojechałam na rezydencję do Nowego Jorku. Dla mnie, młodej polskiej artystki, znalezienie się w tej mekce artystycznej było absolutnym spełnieniem marzeń. Gdy już byłam na miejscu, ganiałam z jednego wernisażu na drugi. Szokiem było to, że kilka otwarć potrafiło się odbywać jednego dnia w tym samym budynku (tzw. „gallery building”). Z jednego na drugi przemieszczało się windą…

A jednak, nasyciwszy się tą intensywnością, doszłam do wniosku, że Nowy Jork mnie rozczarował. Był to bowiem czas, gdy intensywnie rozwijał się tam rynek sztuki i twórczość ulegała niesamowitej komercjalizacji. Manhattan przechodził proces rewitalizacji. Zarówno artyści jak i ciekawe niezależne projekty lądowali na bruku. A w tym samym czasie w polskiej sztuce dosłownie wrzało. Upadek żelaznej kurtyny dał tak silny impuls, iż artystom wydawało się, że ich możliwości kreacji są nieograniczone. Ciekawe, niezależne inicjatywy mnożyły się jak grzyby po deszczu. I z tej perspektywy życie artystyczne w Nowym Jorku wydawało mi się bardzo mdłe. Czy sądzisz, że sytuacja, która obecnie ma miejsce na Ukrainie, ma podobny potencjał kulturotwórczy jak koniec komunizmu w Europie Centralnej i Wschodniej?

To obszerne pytanie; chciałabym podzielić moją odpowiedź na kilka części. Pierwsza część będzie najsmutniejsza, ponieważ wielu bardzo, bardzo utalentowanych i najlepszych ludzi jest teraz na pierwszej linii frontu. To aktywiści, muzycy, artyści. Również wiele osób z sektora kultury zmieniło zawód i zostało wolontariuszami.

Inna część dotyczy problemu ze znalezieniem słów. Jak mówić o naszym doświadczeniu? W tym Laboratorium, o którym mówiłam wcześniej, pojawia się jedno z pytań: jak znaleźć słowa by mówić o wojnie? Odejmuje nam mowę, ale też jest to czas, kiedy nasze głosy powinny być słyszalne… Myślę więc, że w tym procesie znajdowania języka coś się rozwinie.

Pamiętamy przecież ogromne pytanie, przed którym stawali artyści po II wojnie światowej: w jakiej formie wyrazić bezdenny dramat Holocaustu? I dopiero ekspresjonizm abstrakcyjny stał się dla nich formą wyrażenia swoich emocji…

Teraz dużo mówimy nie tylko o kreatywności, ale o wiedzy, zrozumieniu miejsca Ukrainy w gospodarkach światowych, w środowisku. I to pokazuje, że pozycja Ukrainy jest bardzo ważna w świecie. Jest atakowana, a wojna toczy się w jej granicach, ale także poza jej granicami. Z powodu zasobów, żywności, energii i wielu innych rzeczy.

I teraz na pewno nie tylko kreatywna część społeczeństwa, ale także inne społeczności zastanawiają się nad swoją tożsamością i rewidują historię. Widzę w społeczeństwie ukraińskim, w kraju i poza nim ogromne zainteresowanie ukraińską historią, literaturą i sztuką. Różni ludzie zaczynają interesować się językiem ukraińskim i wiele osób dwujęzycznych lub rosyjskojęzycznych przechodzi na ten język. To także duża zmiana kulturowa.

Widzimy teraz wszystkie te wpływy kolonialne z Rosji, jakim ulegała Ukraina po uzyskaniu niepodległości w 1991 r. Wpływy te rzutowały nie tylko na kulturę, ale także na nasz system militarny, gospodarkę, infrastrukturę itp. Również religia była tego dużą częścią. A teraz zrywamy te więzi. Wreszcie, bo jeszcze kilka lat temu tak trudno było odciąć niektóre z nich.

Inną rzeczą, której jestem pewna, jest to, że pojawi się wiele wspaniałych dzieł w obszarze sztuki i literatury. Ale musimy zrozumieć, że trzeba również pracować nad budowaniem instytucji, ponieważ nie można żyć wyłącznie swoją kreatywnością i motywacją. Potrzebujemy działających systemów.

Ostatnio zorganizowałaś w Gdańsku projekt z udziałem artystów ukraińskich, którzy przebywają tu na rezydencji. Czy mogłabyś coś o nim opowiedzieć?

To było świetne doświadczenie. Zaczęło się od momentu, gdy kuratorki programu rezydencyjnego, Lila Bosowska i Aleksandra Księżopolska, zaproponowały mi złożenie wniosku do Instytutu Goethego o wsparcie ukraińskich pracowników kultury. Postanowiłyśmy opracować projekt, który skupiałby się na wspieraniu artystów, ale także na tworzeniu kontaktów, a mniej na produkcji prac.

Program ten składał się z kilku części. W ramach pierwszej zaprosiliśmy tu jeszcze jedną rezydentkę, Anastasię Kolibabę z Ukrainy, przeznaczyliśmy pieniądze na zapewnienie stypendiów artystom, pieniędzy na materiały i organizację różnych warsztatów w całym mieście (takich jak laboratorium fotograficzne, ceramika, rzeźba epoksydowa) na wiele różnych rzeczy, których ludzie musieli się nauczyć. To był dobry pomysł, ponieważ nie chodzi tylko o umiejętności, ale także o komunikację z innymi artystami, którzy mają pracownie itp.

Otwarte pracownie w Łaźni 2 w Gdańsku. Fot. dzięki uprzejmości Natalii Revko

Po drugie, uruchomiliśmy programy wymiany między ukraińskimi artystami a nieco bardziej doświadczonymi polskimi artystami, którzy mogą pomóc naszym rezydentom w rozwoju ich twórczości, a także w zyskaniu większej wiedzy o scenie artystycznej w Polsce. A także cykl warsztatów, by nauczyć ich ważnych rzeczy: jak napisać wniosek o grant, porządne resumé artystyczne, czy przygotować portfolio. Na koniec stworzyliśmy otwarte pracownie, gdzie ludzie przychodzili i oglądali prace, które powstały w ciągu tych dwóch miesięcy. Myślę, że zdobyłam nawet lepsze doświadczenia niż planowałam, bo widzę, jak w prywatnych rozmowach ludzie mówią, że tego właśnie potrzebują. Najważniejsze było to, że nawiązali kontakty z wieloma osobami: Katarzyną Józefowicz, Iwoną Zając, Anną Królikiewicz, Anią Kwiatkowską, Dominiką Skutnik, Bogną Burską i z tobą. Było więc bardzo intensywnie, ale też dało mi to ogromną motywację do kontynuowania czegoś takiego, by skupić się na projektach poświęconych wspieraniu artystów, z mniejszym naciskiem na produkcję.

W takim razie zadam ci ostatnie pytanie: jaką masz wizję swojej najbliższej przyszłości?

Teraz jadę na miesiąc do Ukrainy.

Do Odessy?

Będę kilka dni we Lwowie, bo podróż jest tak długa, ponad trzydzieści godzin autobusem. Postanowiłam więc zrobić tam mały postój. A potem pojadę do Odessy. Będę kontynuować badania i chcę spędzić święta z rodziną. To również jest dla mnie bardzo ważne. Potem być może będę na rezydencji w Koszycach. Ale planuję też projekt z Traffic Design w Gdyni. Będzie to wystawa artystycznej i architektonicznej grupy MNPL z Odessy, z którą współpracuję od lat. Ich klimat jest bardzo zbliżony do klimatu Traffic Design. Planujemy zrobić tę wystawę na wiosnę.

Myślę, że jeszcze wiele razy pojadę do Ukrainy, bo trudno mi zostać za granicą dłużej niż dwa miesiące, nie widząc mojej rodziny, mojej społeczności, mojego chłopaka, moich miejsc. I szukam studiów. Naprawdę chciałabym znaleźć jakiś ciekawy program i kontynuować naukę.

Co więcej, mamy dużo planów z moją organizacją pozarządową „Slushni Rechi”, ponieważ zaczęliśmy organizować spotkania online z grupą około dwudziestu osób z Odessy, które są teraz w różnych krajach. Zastanawiamy się, jak dalej działać jako organizacja i dyskutujemy, jak pracować w warunkach, gdy jesteśmy rozproszeni. Bardzo chcielibyśmy rozwinąć lokalny kontekst. I wkrótce powinniśmy mieć naszą stronę internetową. Jest nad czym pracować…

Dziękuję ci bardzo za poświęcenie mi czasu.

P.S.

Powyższy wywiad przeprowadziłam w Gdańsku 13 grudnia 2022, tuż przed wyjazdem Natalii do Ukrainy. Jej wyczerpująca podróż do Odessy i braki w dostawach prądu na miejscu spowodowały opóźnienie publikacji tej rozmowy. Tym bardziej jestem jej wdzięczna za współpracę.

ROMAN REFLECTIONS. ABOUT THE PLEASURE OF PERFORMATIVE CITY EXPERIENCE

One of the obligatory readings that I had to read during my doctoral studies in Poznań was the book by the American director and theater theorist Richard Schechner „Performance Studies: An Introduction”. In considering the phenomenon of performance, the author defines it as „restored behavior”, saying that these are „physical, verbal or virtual actions that take place not-for-the-first time; prepared and tested. One may not be aware that his behavior at a given moment is a reproduction of restored behavior”. At the same time, he writes that one of the meanings of the word „to perform” is „to make something according to a specific plan or scenario”.

Capitoline she-wolf. I’ve walked past it many times, not expecting it to be so tall. Photo: AW

I would like to treat this last sentence as a magnifying glass through which I will try to look at my own recent experience of staying in the space of Rome. I have not visited this city before. Oh, of course, its image is so culturally appropriated that in a way you can’t help but know it, without even leaving the house! In any case, I did not prepare myself, especially for the meeting with it, I did not look at its plan or the location of places that should be visited. So, I was very surprised that its scheme seemed to me extremely legible, I felt very safe in it, never having problems with getting from point A to point B.

Constantly changing levels and perspectives. Photo: AW

However, I return to Schechner and his theory of performance. Well, while walking around Rome, I always had the impression that someone had previously decided for me how to do it. Am I going up the stairs or am I going down? How do I approach individual historic buildings, from what perspective do I view sculptures set in public space? I poke my head to see the statues perched on the top edge of the façade. I walk around the equestrian statue, first looking into the horse’s nostrils, passing its profile, to finally see its completely unfamiliar view from the side of the tail.

The neoclassical Victor Emmanuel II National Monument forces the viewers to constantly move around its vast, diverse space due to its very structure. Photo: AW

Thus, the urban planner (certainly many) who decided about the shape of Rome plays the role of director of the performance, in which I also perform and play the role imposed on myself. He makes me think about how I feel amidst the hustle and bustle of cars passing me, and how the situation changes when I have a chance to look at the traffic from above. How does my body react when it can suddenly move from the chaos of everyday city life to the blissful peace of park spaces? He also makes the experience of individual artifacts, earlier in my imagination reduced to two dimensions of trivial tourist photos, more complete. So, if the urban planner turns out to be such a perfectionist as the one who decided about the special structure of Rome, participation in the performance directed by him is pure delight.

Bronze sculptures of gorillas by Davide Rivalta. On the stairs leading to La Galleria Nazionale d’Arte Moderna, there is an inscription: „Born to set it right”. Photo: AW

REFLEKSJE RZYMSKIE. O PRZYJEMNOŚCI PERFORMATYWNEGO DOŚWIADCZANIA MIASTA

Jedną z obowiązkowych lektur, które musiałam przeczytać w czasie studiów doktoranckich w Poznaniu była książka amerykańskiego reżysera i teoretyka teatru Richarda Schechnera „Performatyka: wstęp”. Rozważając w niej fenomen peformansu, autor określa go jako „zachowane zachowanie”, mówiąc, że są to „działania fizyczne, słowne lub wirtualne, które odbywają się nie-po-raz-pierwszy; przygotowane i wypróbowane. Można nie mieć świadomości, że własne zachowanie w danej chwili jest odtworzeniem zachowanego zachowania”. Jednoczenie pisze, że jednym ze znaczeń słowa „perform” jest „wykonywać coś według określonego planu lub scenariusza”.

Wilczyca kapitolińska. Wielokrotnie koło niej przechodziłam, nie spodziewając się, że stoi tak wysoko. Fot. AW

To ostatnie zdanie chciałabym potraktować jako szkło powiększające, przez które spróbuję się przyjrzeć własnemu niedawnemu doświadczeniu przebywania w przestrzeni Rzymu. Nie odwiedziłam wcześniej tego miasta. Och, oczywiście, jego wizerunek jest do tego stopnia zawłaszczony przez kulturę, że w pewnym sensie nie można go nie znać, nawet nie wychodząc z domu! Ja w każdym razie nie przygotowałam się specjalnie do spotkania z nim, nie przyjrzałam się wcześniej jego planowi czy usytuowaniu miejsc, które należałoby zwiedzić. Ogromne więc było moje zdziwienie tym, że jego schemat wydał mi się niezwykle czytelny, czułam się w nim niezwykle bezpiecznie, nigdy nie mając problemów z dotarciem z punku A do punktu B.

Nieustanna zmiana poziomów i perspektyw. Fot. AW

Wracam jednak do Schechnera i jego teorii performansu. Otóż, poruszając się pieszo po Rzymie, cały czas miałam wrażenie, jak gdyby ktoś wcześniej zadecydował za mnie, w jaki sposób mam to zrobić. Czy wspinam się schodami w górę, czy schodzę w dół? W jaki sposób obchodzę poszczególne zabytkowe budynki, z jakiej perspektywy oglądam rzeźby ustawione w przestrzeni publicznej? Zadzieram głowę, by ujrzeć posągi, umieszczone na szczytowej krawędzi fasady. Obchodzę konny obelisk, zaglądając najpierw w chrapy konia, mijając jego profil, by w końcu zobaczyć jego zupełnie nieznany widok od strony ogona.

Neoklasycystyczny Pomnik Wiktora Emanuela II samą swoją strukturą zmusza widzów do nieustannego przemieszczania się po jego rozległej, zróżnicowanej przestrzeni. Fot. AW

Tym samym urbanista (z pewnością niejeden), który zadecydował o kształcie Rzymu, odgrywa rolę reżysera performansu, w którym ja również występuję i odgrywam narzuconą sobie rolę. Zmusza mnie do zastanowienia się, jak się czuję wśród zgiełku mijających mnie samochodów, a jak zmienia się sytuacja, gdy mam szansę spojrzeć na ruch uliczny z góry. Jak reaguje moje ciało, gdy nagle może przenieść się z chaosu codziennego życia miasta do błogiego spokoju przestrzeni parkowych? A także sprawia, że nabiera pełni doświadczanie poszczególnych artefaktów, wcześniej w mojej wyobraźni sprowadzonych do dwóch wymiarów banalnych zdjęć turystycznych. Jeśli więc urbanista okaże się takim perfekcjonistą jak ten, który zadecydował o zabudowie Rzymu, udział w wyreżyserowanym przez niego performansie jest czystą rozkoszą.

Wykonane z brązu rzeźby goryli autorstwa Davide Rivalty. Na schodach wiodących do La Galleria Nazionale d’Arte Moderna widnieje napis: „Born to set it right” (Urodzeni, by to naprawić). Fot. AW

ZWIERZĘCY POTENCJAŁ ARCHITEKTURY. O PROJEKCIE IZY RUTKOWSKIEJ W GDAŃSKU

O artystce Izie Rutkowskiej pisałam już kiedyś na tych łamach. Wtedy mój tekst dotyczył jej projektu „Podwórko im. Wszystkich Mieszkańców”, realizowanego we Wrocławiu. Nadal obserwuję jej twórcze inicjatywy. Interesuje mnie ich wymiar partycypacyjny, obecny w nich w wymiarze trudno porównywalnym z pracami innych polskich twórców. Tym razem jest mi szczególnie łatwo śledzić jej poczynania, ponieważ Iza przyjechała do Gdańska. W Domu Sztuki Gdańskiego Archipelagu Kultury, mieszczącym się w dzielnicy Stogi angażuje dzieci do przeprojektowania budynku tej instytucji. Postanowiłam porozmawiać z nią o tym pomyśle.

Swoje działania realizujesz obecnie pod szyldem Studio Zoochitecture Iza Rutkowska. Gdy ostatnio rozmawiałyśmy nie posługiwałaś się jeszcze tą nazwą. Czy możesz ją rozszyfrować?

– Gdy w 2016 r. prowadziłam warsztaty z dziećmi w Starym Browarze w Poznaniu i zachęcałam je do pracy na bazie rysunków technicznych, już wtedy myślałam, że jest to żart z powagi słowa ‘architekt’ i wszystkiego złego co się z tym wiąże. Nie pamiętam, kiedy sama ta nazwa się zmaterializowała.

Projektuję z dziećmi i traktuję je całkowicie poważnie, jak swoich partnerów. Słucham wszystkich ich zaleceń. Chciałabym to rozwijać – stworzyć prawdziwe studio architektoniczne, w którym pracują dzieci. Moim zdaniem, w tym jest totalny potencjał, żeby używać ich wyobraźni do projektowania. I te zespoły powinny być zawsze lokalnie tam, gdzie się to dzieje. Dziecięce projekty są tak odjechane i tak pobudzają wyobraźnię! Nie sprowadzają cię od razu do tego, co możesz zrobić, tylko poszerzają sposób widzenia. I musisz to rozkręcenie zastosować.

Gdy realizowałam warsztaty „Jakie to zwierzę?” w Warszawie, przerabiałam z dziećmi rysunki techniczne Sejmu, Zachęty, Pałacu Kultury i Nauki, Lotniska F. Chopina i szkoły prowadzonej przez Komunę Warszawa. Czyli budynków użyteczności publicznej. I tak na przykład w budynku Sejmu one chciały przerobić windę w kota. To było à propos Kaczyńskiego. Tłumaczyły mi: „No, bo gdyby ta winda była kotem, to jakby on tam wchodził, to by się rozluźnił, by się cieszył”. Senat narysowały w kształcie byka z miękkimi ścianami, żeby politycy mogli się tam napieprzać bez robienia sobie krzywdy (śmiech).

Wspólna praca Izy i dzieci przy użyciu planów budynku GAK-u. Fot. M. Landsberg.

Chcę, żeby Zoochitecture traktowano poważnie nie tylko w kategorii sztuki, działania artystycznego, kolektywnego itd., tylko jako przedsięwzięcie, które naprawdę może przynieść zyski w kategorii projektowania przestrzeni publicznych.

Miałam po drodze wiele doświadczeń z architektami czy nawet instytucjami, kiedy byłam traktowana narzędziowo. Potrzebowali kogoś, kto pójdzie do ludzi, trochę ich rozkręci, oni wezmą sobie ładne zdjęcia, i będą to komunikować jako „KONSULTACJE SPOŁECZNE”, które posłużą do dobrego PR. A gdy już przygotowałam koncept wypracowany z ludźmi, co jest de facto współprojektowaniem i nie ma nic wspólnego z konsultacjami społecznymi, próbowali przejąć dalszy etap pracy, efekty tego co zrobiliśmy traktując jedynie jako wytyczne, czyli równoznaczność ozdoby, „KWIATKA DO KOŻUCHA”. A ja zawsze czułam, że jest to bardzo ważne, żeby ta praca wspólna z ludźmi to jest trochę jak studio architektoniczne.

W pewnym momencie przekonałam się, że pracuję dokładnie tak jak architekt, tylko inaczej, stosując inne metody. Dlatego pomyślałam, że nazwę tę formę projektowania równie poważnie jak to robią różni SŁYNNI ARCHITEKCI, tylko będę skupiać się na uwznioślaniu działań miękkich nad twardymi, zgodnie z poczuciem moich wartości. ZOO pojawia się ze względu na to, że projektowanie zaczynamy zawsze od wypatrywania zwierząt w rysunkach technicznych budynków, mapach, planach, czyli przestrzeniach widzianych z lotu ptaka. I nadajemy tym przestrzeniom osobowość – nie ludzką, a zwierzęcą, bo ta jest nam tak naprawdę jeszcze zupełnie nieznana, przez co bardziej otwierająca wyobraźnię.

Gdy przygotowywałaś tekst o moim madryckim projekcie „Jakie to zwierzę?”, powiedziałaś mi bardzo ważną rzecz: że ja stosuję animizm odwrócony. Mocno to do mnie dotarło. Pomyślałam: ale jak odwrócony? Zaczęłam czytać badania Jeana Piageta dotyczące psychologii dzieci, tego, jak one myślą. Że na przykład chmury „chodzą”. Myślę, że we mnie zachowały się te cechy dziecka i wykorzystuję je po dorosłemu.

Obecnie piszę doktorat i kazano mi sprecyzować tytuł mojej rozprawy. Zastanawiałam się, jak to określić. W końcu poczułam, że najlepiej określi go hasło „Anim(al)izacji przestrzeni”. Określa ono wszystko, co dla mnie ważne, bo to jest trochę związane z animacją, ale także z uduchowieniem tej przestrzeni, nadaniem jej osobowości. Na przykład, gdy zaczynaliśmy tu, na Stogach montować już elementy zwierza, zaczęły się ruszać oczy budynku. A ponieważ tytuł był „Jakie to zwierzę?”, to ludzie zaczęli się zastanawiać: „Chyba będzie jakaś ryjówka”. I masz całą masę rozmów wychodzących od tych dywagacji do informacji o tym, że ktoś właśnie stracił męża, ktoś inny mieszka tu tymczasowo, bo opiekuje się starszą matką itd.

Poszukiwanie formy zwierzęcia w planie budynku. Fot. M. Landsberg.

– No właśnie. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do antropocentrycznego sposobu myślenia, że mówiliśmy o humanizacji przestrzeni. A ty odrzucasz człowieka, wydobywasz w architekturze zwierzę i jego podmiotowość.

– No tak, bo zwierzęta są dla mnie bardziej fascynujące i tak naprawdę nie znamy ich osobowości. Ostatnio oglądam dokument o relacji ludzi ze zwierzętami domowymi. Sama zresztą mam psa i widzę, jak on sobie „kmini”, jak obserwuje świat. Na początku jak każdy porządny człowiek (śmiech) poszłam z nim na szkolenie, żeby go jakoś wychować. Ale to, co prowadząca mi mówiła, było dla mnie nieakceptowalne. Nie będę mojego psa tak ustawiać. Mam zgodę na to, że nie zawsze mnie słucha, choć wszystko rozumie, ale zwykle to podążanie za jego wolnym wyborem prowadzi do ciekawych odkryć i uzasadnia, dlaczego on chciał zrobić tak, a nie inaczej.

Wydaje mi się, że to jest ciekawy temat. Obecnie dużo mówi się o projektowaniu dla ludzi i nie-ludzi, ale to jest jeszcze inna kwestia. Mnie nie interesuje projektowanie budek dla zwierząt, raczej zastanawianie się, jaką osobowość mają zwierzęta.

– Opowiedz mi, co robisz z budynkiem Domu Sztuki na Stogach?

– Kontynuuję to, co zaczęłam jako Zoochitecture w 2016 r. Do tej pory było kilka podejść do tego tematu. Czasami udawało mi się zrobić tylko projekt, a czasami, jak na przykład w Madrycie, zmaterializować instalację zaprojektowaną wspólnie z dziećmi na podstawie zabawy z rysunkami technicznymi budynku. Wtedy instalacja odnosiła się też do przestrzeni tamtego budynku, ale nie został on przekształcony, ani nie było to wychodzenie z nią w przestrzeń miasta. Natomiast tutaj pracowałam z dziećmi ze szkoły podstawowej i z przedszkola, które tutaj przychodziły i nadal przychodzą. I to jest super, że oni się czują współautorami.

– Kiedy rozpoczęłaś ten proces?

– Tak naprawdę, to było już w zeszłym roku. Byłam tu w listopadzie. Było dużo różnych pomysłów, ale także przekonywania, jak ta moja metoda działa. Warsztaty z dziećmi zrobiliśmy w czerwcu tego roku. Uczestnicy pracowali na bazie rysunków technicznych z planem budynku GAKu. Poszukiwali w tych planach cech zwierzęcych, jak również funkcji, które byłyby dla nich interesujące. Potem te rysunki zebrałam. Na ich podstawie wyłuskałam cechy wspólne, które się najczęściej pojawiały. I nie wiem, skąd to się bierze, czy dzieci wyczuwają specyfikę tego budynku, bo te zwierzęta zawsze są inne. Również funkcje. Na przykład w Madrycie był wąż, a tutaj słoń. Ja sama daję sobie przyzwolenie na decyzję o tym, jak mają wyglądać oczy. Oczy są kluczem do duszy i to jest MOJE (śmiech).

Badania terenowe wokół budynku. Fot. M. Landsberg.

Więc jak zebrałam rysunki i podsumowałam opisy funkcji, to wyszedł z tego słoń. Starałam się tak komponować, żeby trąba była prążkowana zgodnie z funkcjami opisanymi przez jednego z chłopców, albo żeby łapy były takie, jak pewna dziewczynka narysowała. Oczywiście to jest trudniejsze, żeby wszystko spiąć w jedno, bo przecież budynek ma ograniczoną bryłę. Transformacja budynku została zaplanowana po to, żeby ludzie zauważyli tego słonia, żeby on tutaj popracował, żeby podziałać na wyobraźnię. I to było super! Dużo ludzi reagowało w różny sposób.

– Jak ci się pracuje na Stogach?

– Uwielbiam takie miejsca! Dobrze, że ci ludzie mieli pretekst do spotkania i wspólnej pracy, ale oni już są tu całkiem zintegrowani. Gdy pracowałam, podchodzili do mnie. Ktoś mówił, że tu była restauracja Jachtowa, drugi, że tu się krowy wypasały… Trzeba tylko umieć słuchać. Na przykład przyszedł pan, który tutaj mieszka i zobaczył słonia. Powiedział: „Przypomina mi to tych artystów, którzy Reichstag opakowali”. A to przecież Christo i Jeanne-Claude. Uwielbiam wszystko, co oni zdziałali! Więc myślę sobie: „No właśnie. Pan, który widzi to z okna, zwykły człowiek, potrafi moją pracę do nich przyrównać”. To jest fajne.

Interakcja z mieszkańcami. Fot. M. Landsberg.

– Na jakim etapie jesteś teraz, we wrześniu?

– Budynek zmienił się w słonia w zeszłym tygodniu. Dokonaliśmy jego namacalnej transformacji zgodnie z wyobraźnią dzieci. Powstały elementy nadmuchiwane, a uszy są na stelażach. Są jak żagle, lekkie, ale ruszają się trochę na wietrze. Mają drewnianą konstrukcję, a na zewnątrz jest wodoszczelna, niepalna tkanina, którą teraz wykorzystuję do robienia toreb dla dzieciaków. Zresztą nie pomyślałam o tym wcześniej, że właśnie zaczyna się szkoła i one posłużą jako wyprawka do szkoły.

Był więc wernisaż na zewnątrz. Zrobiliśmy też tekturową ściankę, na której umieściliśmy wybrane zdjęcia z procesu, informacje dla ludzi o tym, kiedy są warsztaty, a także pustą przestrzeń, na której mogli nam pisać, co pożytecznego zrobiliby dla sąsiadów. Wystawiliśmy ją na zewnątrz przez te kilka dni, kiedy był zamontowany słoń. A teraz uszy, które są za duże, żeby je nosić, bo mają chyba wysokość 7 metrów, zostaną zrecyklingowane. Stelaż też zostanie użyty do jeszcze innych celów. Podoba mi się, że mój zespół tak to wymyślił.

Budynek zamieniony w słonia. Fot. M. Landsberg.

– Czy możemy coś powiedzieć o zespole, z którym pracujesz?

– Im dłużej to robię, tym bardziej doceniam wyjątkowość tego miksu osobowości. Jeśli chodzi o grafiki, to od początku moich działań robi je Robert Czajka, a zdjęcia Maciek Landsberg. Zawsze naciskałam, żeby ze mną jeździł, ponieważ jest trochę współtwórcą moich projektów. Oczywiście, za takiego się nie uważa. Mówi, że jest rzemieślnikiem. Ale w moim rozumieniu jest współtwórcą, bo we wszystkich procesach coś daje od siebie. Tyle ze mną pracował, że często już wie, co ja chcę pokazać, które momenty są istotne i jak należy je sfotografować.

Tak samo Mariusz Stawski, który zajmuje się technicznymi aspektami montażu. Widzę, że ta techniczna sprawa jest tak samo twórcza jak moja koncepcyjna. Ta wartość bycia razem w każdym kolejnym nowym doświadczeniu powoduje, że się uczymy. Tutaj na przykład Mariusz powiedział mi: „Słuchaj, będziemy wiedzieć, jak tego słonia zamontować dopiero wtedy, gdy to zrobimy”. 

Ale chciałabym dodać, że najważniejsze jest spotkać szefa instytucji, który czuje moje metody pracy i daje mi dużą swobodę ich rozwoju. Doświadczam tego tutaj z Moniką Dylewską – dyrektorką Gdańskiego Archipelagu Kultury i naprawdę bardzo doceniam komfort pracy, jaki mi zapewnia oraz wsparcie, jakie daje w porównaniu do wielu wcześniejszych doświadczeń pracy w Polsce.

– A co będzie dalej z tym projektem?

– Mam taką grupkę, która się tu krystalizuje. Słucham ich, o czym rozmawiają, co mi mówią. To jest trudne, bo jestem tutaj dwa tygodnie. To za mało, żeby te relacje zacieśnić. Nie wiem, co się z tym projektem stanie, bo nie mam już energii, by mu poświęcić całe swoje życie. Dużo będzie zależało od ludzi, jak to pociągną.

Akcja malowania ogona słonia. Fot. M. Landsberg.

Plan jest taki, żeby były dalsze etapy. Bo to nie jest tak, że my kończymy teraz. Wczoraj zaczęliśmy przerabiać uszy słonia na torby. W ciągu najbliższych dni pompujemy elementy słonia, które są tutaj i będziemy wychodzić z nimi na osiedle. Krążki trąby na których dzieci siadają, albo oczy, którymi zaglądają do mieszkań sąsiadów. 

Chciałabym zastanowić się, jakie rzeczy są najważniejsze dla nich. Potem będę chciała do tego wrócić i znaleźć narzędzia, czy to finansowe, czy też ich polinkować z odpowiednimi urzędnikami, żeby to, co wymyślili można było zrealizować. To może być małe. Jak wymyślą, że chcieliby posadzić drzewko, żeby się zbierać wokół niego, to chciałabym tego dopilnować. Ale wydaje mi się, że tu potrzeba jest większa niż drzewko. Zobaczę, czy to uda się zrobić. Jestem już na tym etapie, że niekoniecznie cisnę ten etap końcowy. Myślę, że jeżeli tu wydarzą się spotkania międzyludzkie, to już z nich wynikną cenne rzeczy, które nawet nie muszą się materializować. Mogę wtedy zostawić ten projekt, być tylko zapalnikiem. Wcześniej mi to nie wystarczało. Wydawało mi się, że jeśli podciągnęłam projekt do tego etapu, to muszę mieć nad nim kontrolę do końca. A teraz nie.

– Bo chyba wcześniej myślałaś o swoim dziele jako produkcie materialnym, a teraz rozumiesz już, że to może być coś w rodzaju beuysowskiej „rzeźby społecznej”.

– Tak. Rozumiem, że to może być tylko przemiana w świadomości ludzkiej. Ale jeśli widzę u ludzi potrzebę materializacji tej przemiany, to cisnę do końca.

– Bardzo dziękuję ci za rozmowę.

ANIMAL POTENTIAL OF ARCHITECTURE. ABOUT IZA RUTKOWSKA’S PROJECT IN GDAŃSK

I have already written about the artist Iza Rutkowska in these pages. At that time, my text concerned her project “Everyone’s Backyard”, carried out in Wrocław. I am still observing her creative initiatives. I am interested in their participatory dimension, present in them in a dimension that is difficult to compare with the works of other Polish artists. This time it is especially easy for me to follow her activities because Iza came to Gdańsk. In the House of Art of the Gdańsk Archipelago of Culture, located in the Stogi district, she engages children to redesign the building of this institution. I decided to talk to her about this idea.

– You are currently carrying out your activities under the name of Studio Zoochitecture Iza Rutkowska. The last time we spoke, you didn’t use that name yet. Can you decode it?

– When in 2016 I conducted workshops with children in Stary Browar in Poznań and encouraged them to work based on technical drawings, I already thought then that it was a joke about the seriousness of the word ‚architect’ and all the bad things associated with it. I don’t remember when that name itself materialized.

I design with children and take them completely seriously as my partners. I listen to all their recommendations. I would like to develop it – create a real architectural studio where children would work. In my opinion, there is a total potential to use their imagination to design. And these teams should always be local, situated where it happens. Children’s projects are so crazy and so stimulate the imagination! They don’t bring you down to what you can do, they just expand the way you see. And you have to apply it.

During the carrying out the “What Animal Is This?” workshop in Warsaw, I worked with children on technical drawings of the Sejm, Zachęta Gallery, the Palace of Culture and Science, F. Chopin Airport, and the school run by Komuna Warszawa. So public utility buildings. For example, in the Sejm building, children wanted to turn the elevator into a cat. It was on the side of Jarosław Kaczyński. They explained to me: “Well, because if this elevator were a cat, if he were going in there, he would relax, he would be happy”. They drew the Senate in the shape of a bull with soft walls so that the politicians could fight there without hurting themselves (laughs).

Joint work of Iza and the children using the plans of the GAK building. Photo: M. Landsberg.

I want Zoochitecture to be taken seriously not only in terms of art, artistic, collective action, etc. but as a project that can make a profit in the category of public space design.

Along the way, I had many experiences with architects or even institutions, when I was treated as a tool. They needed someone who would go to people, get them a little bit of a boost, they would take nice pictures, and they would communicate it as “PUBLIC CONSULTATIONS”, which will be used for good PR. And when I had already prepared the concept developed with people, which is de facto co-design and has nothing to do with public consultations, they tried to take over the next stage of work, treating the effects of what we did only as guidelines, i.e. the equivalence of the ornament. And I have always felt that it is very important that this collaborative work with people is a bit like an architectural studio.

At some point, I found out that I work exactly like an architect, only differently, using different methods. That’s why I thought I would name this form of design as seriously as various FAMOUS ARCHITECTS do, but I would focus on elevating soft over hard activities, in line with my sense of values. ZOO appears since we always start designing by looking for animals in technical drawings of buildings, maps, plans, and spaces seen from a bird’s eye view. And we give these spaces a personality – not a human one, but an animal one, because it is, in fact, still completely unknown to us, which makes them more open to the imagination.

When you were preparing the text about my Madrid project “What Animal Is This?”, you told me a very important thing: that I use reverse animism. It hit me hard. I thought: “But how inverted?”. I started reading Jean Piaget‚s research on the psychology of children, and how they think. That, for example, clouds “walk”. I think I have retained these characteristics of a child and I use them as an adult.

I am currently writing my Ph.D. thesis and was told to specify the title of my dissertation. I wondered how to define it. In the end, I felt it was best described by the slogan “Anim(al)ization of space”. It defines everything important to me, because it is a bit related to animation, but also to the spiritualization of this space, giving it a personality. For example, when we started to assemble elements of the animal here, in Stogi, the eyes of the building started to move. And since the title was “What kind of animal is this?”, people started wondering: “I think there will be a shrew”. And you have a whole lot of conversations, starting from these discussions to the information that someone has just lost her husband, someone else is living here temporarily because he is looking after an elderly mother, etc.

The search for the form of an animal in the building plan. Photo: M. Landsberg.

– Exactly. We are so used to the anthropocentric way of thinking that we talked about the humanization of space. And you reject man, you bring out the animal and its subjectivity in architecture.

– Yeah, because animals are more fascinating to me, and we don’t know their personalities. Recently, I have been watching a documentary about human relations with pets. Anyway, I have a dog myself and I can see how it watches the world. In the beginning, like any decent human being (laughs), I went to training with it to raise it somehow. But what the host told me was unacceptable to me. I’m not gonna position my dog like that. I have permission that it does not always listen to me, although it understands everything. But usually, it is following its free choice that leads to interesting discoveries and justifies why it wanted to do this and not otherwise.

I think this is an interesting topic. There is a lot of talks now about human and non-human design, but that is another issue. I’m not interested in designing animal boxes, but rather in figuring out what kind of personality animals have.

– Tell me, what are you doing with the building of the House of Art in Stogi?

– I am continuing what I started as Zoochitecture in 2016. So far, there have been several approaches to this topic. Sometimes I only managed to do a design, and sometimes, like in Madrid, I succeeded in realizing an installation, designed together with the children, based on playing with the technical drawings of the building. At that time, the installation also referred to the space of that building, but the latter was not transformed, nor we went with the installation into the city space. Here, on the other hand, I worked with children from primary school and kindergarten, who came here and still come here. And it’s great that they feel like co-authors.

– When did you start this process?

– In fact, it was already last year. I was here in November. There were many different ideas but also convincing how this method works. We did workshops with children in June this year. The participants worked based on technical drawings with a plan for the GAK building. They looked for animal traits in these plans as well as functions that would be of interest to them. Then I collected these drawings. On their basis, I identified the common features that appeared most often. And I don’t know where it comes from if the children sense the specificity of this building because these animals are always different. Also features. For example, in Madrid there was a snake, and here is an elephant. I permit myself to decide what my eyes should look like. The eyes are the key to the soul, and this is MINE (laughs).

Field research around the building. Photo: M. Landsberg.

So, when I collected the drawings and summarized the function descriptions, the elephant came out of it. I tried to compose in such a way that the trunk was striated according to the functions described by one of the boys, or that the paws were as one girl drew. Of course, it is more difficult to put everything together because the building has a limited shape. The transformation of the building was planned so that people would notice this elephant so that it would work here, and act on the imagination. And it was great! Lots of people reacted in different ways.

– How is it for you to work in Stogi?

– I love places like this! It’s good that these people had an excuse to meet and work together, but they are already quite integrated here. When I was working, they would come up to me. Someone said that there was a Jachtowa restaurant here, the other that cows grazed here… You just need to be able to listen. For example, one resident came and saw an elephant. He said, “It reminds me of the artists who wrapped the Reichstag”. And this is Christo and Jeanne-Claude. I love everything they’ve done! So, I think to myself, “Exactly. A man who sees it from a window, an ordinary person, can compare my work to them”. This is cool.

Interaction with residents. Photo: M. Landsberg.

– At what stage are you now, in September?

– The building turned into an elephant last week. We have made a tangible transformation of it in line with the imagination of children. Inflatable elements were created, and the ears are on racks. They are like sails, light, but they move a little in the wind. They have a wooden structure and on the outside, there is a waterproof, non-flammable fabric, which I now use to make bags for kids. Besides, I had not thought about it earlier that school was just starting, and they would serve as a layette for school.

So, there was an opening outside. We also made a cardboard wall on which we placed selected photos from the process, information for people about when the workshops are, and a space where they could write for us what useful they would do for their neighbors. We put it outside on the few days when the elephant was mounted. And now the ears that are too big to wear, I think they are 7 meters tall, will be recycled. The frame will also be used for other purposes. I like that my team made it that way.

A building turned into an elephant. Photo: M. Landsberg.

– Can we say something about the team you work with?

– The longer I do it, the more I appreciate the uniqueness of this personality mix. When it comes to graphics, Robert Czajka has been doing them since the beginning of my activities, and Maciek Landsberg has been taking pictures. I’ve always pushed him to ride with me because he’s a bit of a co-creator of my projects. Of course, he does not consider himself as such. He says he is a craftsman. But in my understanding, he is a co-creator, because he gives something of himself in all processes. He has worked with me so much that he often knows what I want to show, which moments are important and how they should be photographed.

The same goes for Mariusz Stawski, who deals with the technical aspects of the assembly. I can see that this technical aspect is as creative as my conceptual one. This value of being together in each new experience makes us learn. Here, for example, Mariusz told me: „Listen, we will know how to install this elephant only when we do it”.

But I would like to add here that the most important thing is to meet the head of the institution, who feels my working methods and gives me a lot of freedom to develop them. I share this experience here with Monika Dylewska – the director of the Gdańsk Archipelago of Culture and I appreciate the comfort of work that she provides me and the support she gives compared to many previous experiences of working in Poland.

– And what will happen next with this project?

– I have a group that crystallizes here. I listen to them, what they talk about, what they tell me. It is difficult because I am here for two weeks. It is not enough to strengthen these relations. I don’t know what will happen to this project, because I don’t have the energy to devote my whole life to it. A lot will depend on people, and how they pull it.

The action of painting the elephant’s tail. Photo: M. Landsberg.

The plan is for there to be further stages. Because it’s not like we’re ending now. Yesterday we started converting elephant ears into bags. In the coming days, we are pumping the elephant elements that are here and we will go out with them to the estate. Trunk rings on which children sit, or eyes with which they look into their neighbors’ apartments.

I would like to consider what are the most important things for them. Then I will want to come back to it and find the tools, be they financial or link them with the appropriate officials so that what they came up with could be realized. It might be small. If they think that they would like to plant a tree to gather around it, I would like to see to it. But it seems to me that the need here is greater than the tree. I’ll see if it can be done. I’m already at this stage that I won’t necessarily push this final stage. I think that if there are meetings between people, valuable things will come out of them, which do not even have to materialize. I can then leave this project behind, just be a fuse. Before, it wasn’t enough for me. It seemed to me that if I took the project to this stage, I must have control over it to the end. Not now.

– Because you probably thought about your work as a material product before, and now you understand that it can be a kind of Beuysian “social sculpture”.

– Yes. I understand that this can only be a change in human consciousness. But if I see people in need to materialize this transformation, I will push it to the end.

– Thank you very much for the conversation.

UKRAINE. CAN THE RESTORATION INITIATE A NEW RENAISSANCE? – CONTINUED

Not much has changed about the war in Ukraine. The pogrom spread by the gang of degenerates sent to the front by Putin is still ongoing. Towns and villages are devastated. So, of course, making plans to rebuild them at the moment is crazy. On the other hand, it is known that the destruction of housing tissue in many places is so great that you will have to start from scratch. It is also known that the previous buildings, often left over from the Soviet times, were far from ideal. So why not be tempted to prepare ourselves in advance to create a new quality in urban planning, concluding the mistakes made by your predecessors?

In the last post, I reviewed the ideas for the reconstruction of Ukrainian cities that have been published so far. I drew attention to the need to take care of public spaces that would initiate and strengthen the social interactions of residents. Thus, I remained within the circle of ideas of the American journalist Jane Jacobs, who already in 1961 criticized Le Corbusier‚s utopia of the city perceived as a „machine for living”. She postulated the revitalization of the concept of traditional cities with low-rise buildings and mixed functions, arguing that such a structure implies the healthiest social and economic relations. I also recalled the ideas of the Danish architect Jan Gehl, who was inspired by Jacobs’ thoughts.

A. Wołodźko, collage from the series “HOUSESNESTSRHIZOMES”.

Today I once again visit the website of the ReStart Ukraine project to stop at its sixth postulate. It calls for „Rethinking the urban and rural planning of the destroyed settlements to make them more resilient and human-centered”. – Human-centered?

Hmm … I thought that we have already had an advanced discussion about the dire consequences of anthropocentrism, and we are aware of the price ultimately paid by city dwellers for unconditional subordination of all components of the urban structure to its goals. If not, I highly recommend the book „ZOEpolis. Budując wspólnotę ludzko-nie-ludzką” („ZOEpolis. Building a human-non-human community”), published in 2020 by the Bęc Zmiana Foundation. The authors of this publication envision a new design paradigm that would be addressed to the community in a much broader sense.

A. Wołodźko, collage from the series “HOUSESNESTSRHIZOMES”.

The eponymous zoe appears there as a vital, borderless life that eliminates the boundaries between humans and representatives of other species. Such a perspective allows the city to be imagined as a fluid network connecting different residents, including watercourses, mud, fungi, and rotting leaves. Each of them has a role to play in a common ecosystem. Everyone participates in maintaining the circle of life. And man is not at all the central element there.

A. Wołodźko, collage from the series “HOUSESNESTSRHIZOMES”.

Such a perspective makes it possible to understand the attempts to leave nature alone, constantly reappearing in various forms among urban buildings. To restrain actions by designers, engineers, and developers. (Give up your intrusive rationality!) To notice the value of the phenomenon, recently referred to as “the fourth nature”, developing spontaneously in places that man has left or overlooked for a moment.

Finally, such a perspective requires designers to radically reformulate their attitudes and practices. But it is already happening. For example, the Warsaw-based Grupa Projektowa Centrala collaborates with the landscape architect Natalia Budnik on „multi-species urban planning”. Based on the analysis of the phenomenon of the metropolitan zoo, the designers try to redefine its function. Transform it into a place that will create an opportunity to build one more relationship between residents and animals.

A. Wołodźko, collage from the series “HOUSESNESTSRHIZOMES”.

This new place is to be the Fauna District. Instead of a post-colonial exhibition of exotic animals, they propose to create a space for native species, with their hatchery, a place for sleeping and wintering sheltered from the lights, as well as an underground and underwater environment. Thus, they indicate the option of a gradual „wildness” of the city and, consequently, gradual adjustment of us, its inhabitants, to this new situation.

Could this type of vision be matched with the plans for the reconstruction of Ukraine?

When I watch TV footage from bombed-out cities, among the abandoned ruins, I notice bullet-damaged trees, greening despite everything, and abandoned dogs sneaking between them. Monadnocks. When we come back with reconstruction plans, they should be rewarded for their persistence there.

A. Wołodźko, collage from the series “HOUSESNESTSRHIZOMES”.

P.S. The above text is illustrated with my series of collages entitled “HOUSESNESTSRHIZOMES”. In it, I tried to metaphorically show what I am writing about today. Thus, to present a vision of urbanized space, capable of containing the living conditions of people, animals, plants, and inanimate nature in a non-conflictual way. I presented the structure of rhizomes, which uncontrollably grow and combine various elements of reality. I created images of habitats, taking the form of not only houses, but also nests, burrows, hollows, and crevices. I mentioned trees, whose monumental forms also constitute a specific architecture, creating conditions for human and non-human existence. And also, about the mutual emotional relationship between humans and animals. I suggested reversing the situation in which people dominate the city space, showing that they can be subordinated to, for example, animals. I tried to illustrate this status quo when they are critically looking at our culture. Or to show the city space entirely overwhelmed by them…

UKRAINA. CZY ODBUDOWA MOŻE ZAPOCZĄTKOWAĆ NOWY RENESANS? – C.D.

W kwestii wojny na Ukrainie niewiele się zmienia. Nadal trwa pogrom szerzony przez wysłaną na front przez Putina bandę zwyrodnialców. Trwa spustoszenie miast i wsi. Więc, oczywiście, snucie w tej chwili planów ich odbudowy zakrawa na szaleństwo. Z drugiej jednak strony wiadomo, że zniszczenie tkanki mieszkaniowej w wielu miejscach jest tak wielkie, że trzeba będzie zaczynać od zera. Wiadomo też, że poprzednia zabudowa, często pozostała po czasach sowieckich, daleka była od ideału. Czemu więc nie pokusić się i zawczasu przygotować się do stworzenia nowej jakości w urbanistyce, wyciągając wnioski z błędów popełnionych przez poprzedników?

W ostatnim poście dokonałam przeglądu dotychczas opublikowanych pomysłów na odbudowę ukraińskich miast. Zwracałam uwagę na konieczność zadbania o przestrzenie publiczne, które będą inicjowały i wzmacniały interakcje społeczne mieszkańców. Tym samym pozostałam w kręgu idei amerykańskiej dziennikarki Jane Jacobs, która już w 1961 r. krytykowała powołaną przez Le Corbusiera utopię miasta postrzeganego jako „maszyna do mieszkania”. Postulowała rewitalizację konceptu tradycyjnych miast z niską zabudową i przemieszanymi funkcjami, twierdząc, iż taka struktura implikuje najzdrowsze relacje społeczne i ekonomiczne. Przywołałam też pomysły duńskiego architekta Jana Gehla, który inspirował się myślą Jacobs.

A. Wołodźko, kolaż z cyklu „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”.

Dziś jeszcze raz zaglądam na stronę projektu ReStart Ukraine, by zatrzymać się przy jego postulacie szóstym. Nawołuje on do „ponownego przemyślenia planowania urbanistycznego i wiejskiego zniszczonych osiedli, aby uczynić je bardziej odpornymi i skoncentrowanymi na człowieku”. – Skoncentrowanymi na człowieku???

Hmm… Myślałam, że dyskusję o zgubnych konsekwencjach antropocentryzmu mamy już zaawansowaną i jesteśmy świadomi, jaką ostatecznie cenę płacą ludzcy mieszkańcy miast za bezwarunkowe podporządkowanie ich celom wszystkich elementów składowych urbanistycznej struktury. Jeśli nie, to ogromnie polecam lekturę książki „ZOEpolis. Budując wspólnotę ludzko-nie-ludzką”, wydaną w r. 2020 przez Fundację Bęc Zmiana. Autorzy i autorki tej publikacji snują w niej wizję nowego paradygmatu projektowania, który byłby adresowany do społeczności rozumianej znacznie szerzej.

A. Wołodźko, kolaż z cyklu „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”.

Tytułowe zoe występuje tam jako witalne, pozbawione granic życie, które niweluje granice pomiędzy ludźmi a przedstawicielami innych gatunków. Taka perspektywa pozwala na wyobrażenie sobie miasta jako płynnej sieci, łączącej różnych rezydentów, włączając w nią również cieki wodne, błoto, grzyby i butwiejące liście. Każdy z nich ma swoją rolę do spełnienia we wspólnym ekosystemie. Każdy uczestniczy w podtrzymaniu kręgu życia. I człowiek wcale nie jest tu elementem centralnym.

Taka perspektywa umożliwia zrozumienie prób pozostawienia w spokoju przyrody, ciągle na nowo i w różnych formach samoistnie pojawiającej się wśród miejskiej zabudowy. Powstrzymania od działań projektantów, inżynierów i deweloperów. (Zawieście na kołku swoją nachalną racjonalność!) Dostrzeżenia wartości zjawiska, określanego od niedawna mianem „czwartej przyrody”, rozwijającej się spontanicznie w miejscach, które człowiek na chwilę opuścił bądź przeoczył.

A. Wołodźko, kolaż z cyklu „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”.

Wreszcie taka perspektywa wymaga od projektantów radykalnego przeformułowania ich postaw i praktyk. Ale to już się dzieje. Na przykład warszawska Grupa Projektowa Centrala współpracuje z architektką krajobrazu Natalią Budnik nad konceptem „wielogatunkowej urbanistyki”. Na podstawie analizy fenomenu stołecznego zoo, wspomniani projektanci próbują przedefiniować jego funkcję. Przekształcić je w miejsce, które stworzy szansę na zbudowanie na nowo relacji mieszkańców ze zwierzętami.

A. Wołodźko, kolaż z cyklu „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”.

Tym nowym miejscem ma być Dzielnica Zwierząt. Zamiast postkolonialnej wystawy egzotycznych gatunków fauny proponują stworzenie przestrzeni dla tych rodzimych, z ich wylęgarnią, miejscem osłoniętego od świateł noclegu i zimowania, środowiskiem podziemnym i podwodnym. Tym samym wskazują na opcję stopniowego „zdziczenia” miasta i, w konsekwencji, stopniowego dostrojenia się nas, jego mieszkańców, do tej nowej sytuacji.

Czy tego rodzaju wizję można by przymierzyć do planów odbudowy Ukrainy?

Gdy oglądam telewizyjne migawki ze zbombardowanych miast, wśród opuszczonych przez ludzi ruin zauważam pokaleczone pociskami drzewa, zieleniące się mimo wszystko i przemykające między nimi porzucone psy. Ostańcy. Powracając z planami odbudowy, należy im wynagrodzić fakt, iż tam wytrwali.

A. Wołodźko, kolaż z cyklu „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”.

P.S. Powyższy tekst ilustruję swoim cyklem kolaży, zatytułowanym „DOMYGNIAZDAKŁĄCZA”. Próbowałam w nim w metaforyczny sposób zilustrować to, o czym dzisiaj piszę. A więc przedstawić wizję przestrzeni zurbanizowanej, zdolnej w niekonfliktowy sposób pomieścić warunki do życia ludzi, zwierząt, roślin a także przyrody nieożywionej. Przedstawiałam strukturę kłączy, która w sposób niekontrolowany rozrasta się i łączy różne elementy rzeczywistości. Tworzyłam obrazy habitatów, przybierających formy nie tylko domów, ale również gniazd, nor, dziupli i szczelin. Wspominałam o drzewach, których monumentalne formy stanowią również swoistą architekturę, stwarzającą warunki do ludzkiego i nie-ludzkiego bytowania. A także o wzajemnej uczuciowej relacji łączącej ludzi i zwierzęta. Zasugerowałam odwrócenie sytuacji, w której człowiek dominuje w przestrzeni miasta, pokazując, że można je podporządkować np. zwierzętom. Próbowałam zobrazować taki stan rzeczy, kiedy to one krytycznie przyglądają się naszej kulturze. Albo też pokazać przestrzeń miasta całkowicie przez nie zawładniętą…