PRZECHYTRZYĆ COVID. „LOOK!” – ZDALNA REALIZACJA ARTYSTYCZNA IWONY ZAJĄC

Zaraza okrąża nas coraz ciaśniej i swoimi mackami obezwładnia możliwość normalnego funkcjonowania i pracy. Robi się duszno, coraz duszniej… Wśród tych, których dotknął ten paraliż znajdują się również artyści. Zamknięto instytucje kultury, odwołano imprezy. A istotnym aspektem ich funkcjonowania są również podróże zagraniczne. Uprawiając wolny zawód, pracują nie tylko we własnym kraju. Ale samoloty uziemiono na lotniskach, granice zamknięto. Perspektywa działań na skalę międzynarodową legła w gruzach.

Okazuje się jednak, że nie wszystkie plany tego rodzaju muszą spełznąć na niczym. Niektóre z nich można uratować. Posłużę się przykładem decyzji, podjętej przez organizatorów współfinansowanego z funduszy europejskich projektu „Memory of Water”. Pojawił się problem, jak nie zaprzepaścić możliwości realizacji prac artystów w szkockim Govan. Początkowo dyskutowano o przesunięciu ich na następny rok. W powietrzu wisiała jednak wątpliwość, czy w obliczu zaistniałych trudności finansowych wszystkie instytucje, będące partnerami w projekcie, tak długo przetrwają. Postanowiono w końcu, że przygotowane wcześniej projekty zrealizują na miejscu lokalni artyści. Chcę dziś prześledzić skuteczność tej recepty na działanie przy pomocy delegowanego „awatara”.

Środowisko gdańskie reprezentuje w „Memory of Water” Iwona Zając, zaproszona przez Nadbałtyckie Centrum Kultury. Znaczna część jej twórczości jest ściśle powiązana z dawną Stocznią Gdańską. Tam przez szesnaście lat miała pracownię, co dało jej głęboki wgląd w problemy tego miejsca pracy. Dzięki temu mogła nagrać rozmowy z tamtejszymi robotnikami. Zebrane materiały posłużyły jej w 2004 roku do stworzenia muralu zatytułowanego właśnie „Stocznia”. Na ścianie odgradzającej ten teren przemysłowy od reszty miasta naniosła fragmenty pozyskanych zwierzeń. Mówiły o relacji stoczniowców z tym miejscem, ich lękach, potrzebach i nadziejach.  

Gdy w Szkocji miała wybrać miejsce przeprowadzenia swojej ingerencji twórczej, również zdecydowała się na tereny postoczniowe. Od dziewiętnastego wieku Glasgow (którego częścią jest Govan) było jednym z głównych europejskich centrów budowy statków. Fakt ten był źródłem prosperity miasta. Stanowił też ogromnie ważny budulec lokalnej tożsamości. Jednak, gdy świat przestawił się na gospodarkę globalną, bardziej opłacało się przenieść wielkoprzemysłową produkcję poza kontynent europejski. Gdy na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku brytyjski rząd odmówił udzielenia pożyczki dla konsorcjum Upper Clyde Shipbuilders, zrzeszającego pięć lokalnych stoczni (Fairfield’s, Stephens, Connel’s, Yarrow’s i John Brown’s), ogłoszono zamknięcie tych zakładów. Dziesiątki tysięcy ludzi straciły nie tylko pracę, ale również sens życia. W rezultacie narodził się ogromny ruch społeczny tzw. „work-in”. Stoczniowcy rozpoczęli strajk i protesty, ale najbardziej zależało im na kontynuowaniu budowy statków i obronie zatrudnienia. Dlatego związki zawodowe, na których czele stali Jimmy Reid i Jimmy Airlie, zmobilizowały cały kraj do wsparcia ich ruchu. Dzięki darowiznom tymczasowo udało się uratować setki miejsc pracy.  W lutym 1972 roku rząd zgodził się zachować stocznie Yarrow w Scotsoun i Fairfield w Govan, ale nie były już one konkurencyjne na światowym rynku. Odeszła ogromna część pokolenia robotników, budujących statki z dziada pradziada. Ta historia bardzo przypomina tę z polskiego Wybrzeża.

Pamięć o tych wydarzeniach, pytanie o to, co stało się z ludźmi pozbawionymi miejsca, do którego przynależeli przez lata, stały się kontekstem dla projektu Iwony. Ale, jak już wspomniałam, przyjazd do Govan na realizację pracy okazał się niemożliwy. Spotkałam się z nią, żeby dowiedzieć się o szczegółach tak nietypowych warunków jej działania.

Agnieszka Wołodźko: Zacznijmy od początku. Powiedz, co się działo, gdy okazało się, że nie wyjedziecie na tę rezydencję artystyczną?

Iwona Zając: Najpierw był szereg spotkań na Zoomie. Dyskutowaliśmy o tym, czy to robić, czy przesuwać na przyszłość. Pierwszy pomysł był taki, żeby przełożyć na przyszły rok, ponieważ clou tego projektu to praca ze społecznościami i bycie na miejscu, jak również wartość naszych spotkań – artystów biorących udział w „Memory of Water”. W czasie wcześniejszych rezydencji – w Levadii i w Gdańsku – towarzyszyliśmy swoim realizacjom, uczestniczyliśmy w nich. Tego się nie uda i nie udało nam odtworzyć na odległość i tego nam było też szkoda. Trzeba jednak pamiętać, że instytucje, które nas zapraszały, stanęły przed nowym problemem, bo nie wiedzą, jak ich sytuacja będzie wyglądała w przyszłym roku, czy będą jeszcze istnieć.

A.W.: Wtedy zapadła decyzja, że wasze prace będą wykonywać twórcy z Govan.

I.Z.: Tak. Wiedzieliśmy, że musimy to przygotować w ten sposób, żeby to było możliwe do zrealizowania na miejscu. Bardzo nam też zależało na tym, żeby współpracujący z nami artyści mieli wypłacone honorarium. Żeby te pieniądze, które były przeznaczone na nasz przejazd i zakwaterowanie w Govan, szły dla nich.

A.W.: Ale byłaś już w Govan wcześniej?

I.Z. Tak, byliśmy tam we wrześniu 2019 roku. Spędziliśmy tam tydzień na badania i spotkania z ludźmi.

A.W.: I wtedy zobaczyłaś i wybrałaś miejsce swoje przyszłej pracy? To był jeden z suchych doków.

I.Z.: Tak. Od razu wiedziałam, co chcę zrobić. Ja czuję się naturalnie w takich miejscach. Jak się tam znalazłam, od razu je czułam. Nic mi tam więcej nie trzeba było do szczęścia. Zrozumiałam, że tam chcę pracować.

A.W.: Czy na ten teren można wejść?

I.Z.: Nie, suchy dok, który wybrałam, można zobaczyć tylko z góry, z przystanku autobusowego lub wejść tam nielegalnie. Brama jest uchylona i mieszkańcy przedostają się tam. Nikt go nie pilnuje. Ale żeby móc mój projekt zrealizować, musieliśmy zdobyć zgodę właściciela tego obszaru, ponieważ znajduje się on w rękach prywatnych.

Nielegalne wejście na teren stoczni w Govan. Fot. I. Zając.

A.W.: Na czym polegał twój pomysł dla tego miejsca?

I.Z.: Przygotowałam jeden napis zaczerpnięty z lokalnego kontekstu, który rozbiłam na dwie części. Miały być namalowane na ścianach zejścia do doku.

A.W.: W jaki sposób dokonałaś ich wyboru?

I.Z.: Miałam ogromne szczęście ze znalezieniem tej sentencji. W czasie wcześniejszego pobytu w Govan widzieliśmy te doki podczas długiego spaceru nabrzeżem. Naszym przewodnikiem był Iain McGillivrary – założyciel i dyrektor wykonawczy Clyde Docks Preservation Initiative. Poprowadził nas trasą „Walk to the Docks” i opowiedział historię ośmioletniej kampanii na rzecz ratowania kultowego Graving Docks Govan oraz pomyślnego obalenia planu budowy na tym terenie 750 mieszkań. Od razu mi się to miejsce spodobało, ale nie mieliśmy czasu na dłuższą eksplorację, dlatego ostatniego dnia pobytu rano poszłam tam sama. Chciałam zrobić dokumentację, sprawdzić, jak teren wygląda z bliska i z perspektywy przystanku autobusowego, Zainteresowały mnie zejścia, schody do suchego doku. Podobała mi się ich konstrukcja, która wyglądała jak gotowa instalacja. Potem wybrałam się do Fairfield Heritage Center. Spędziłam tam parę godzin, żeby przesłuchać nagrania m.in. wywiadów ze stoczniowcami. Szłam jak po sznurku.

Bardzo mi zależało na wydobyciu czegoś, co jest rozpoznawalne i mocno tożsame z tym miejscem. Skontaktowano mnie z Jamesem Craigiem, który wcześniej przez piętnaście lat pracował w stoczni w Govan. Działał również jako lokalny opowiadacz, a potem był głównym managerem w stoczniach na całym świecie i jest jakoś powiązany z Fairfield Heritage Center. Poprosiłam go, żeby wybrał zdania z tych wywiadów. Podesłałam mu link do mojej strony, gdzie mam nagrania z gdańskimi stoczniowcami. Powiedziałam mu, że zależy mi na fragmentach, gdzie stoczniowcy mówią o życiu albo o swoich związkach ze stocznią. I James wysłał mi parę sentencji. Oprócz tego miałam jeszcze kontakt z koordynatorką Centrum – Abigail Morris, od której musiałam uzyskać licencję na możliwość ich użycia.

Fot. I. Zając

A.W.: Wybrane przez ciebie zdanie brzmi: „Born in Govan, made in the Shipyards”. Jak je tłumaczysz?

I.Z.: Ja je w ogóle nie tłumaczę, ja je po prostu czuję. Wiedziałam, że to nie może być przegadane. Musi być przyciągające uwagę, tożsame z tym miejscem i czytelne dla mieszkańców. Było też dla mnie ważne, że tam działają grafficiarze, więc wchodzenie do nich ze swoją wizją i zamalowywanie ich prac – na to też trzeba mieć powód.

W ogóle te wszystkie hasła, które wybrał dla mnie James, są gotowymi hasłami do promocji Govan. Mają moc. Chciałam zrobić T-shirty z odbitymi na nich szablonami, ale to było dla mnie już za dużo pracy. Ale James się tym zainteresował. Stwierdził, że to jest fajne i przygotował takie koszulki. Teraz pracuje nad tym, żeby móc je sprzedawać w Centrum.

A.W.: Czyli wygląda na to, że oni ponieśli twoją ideę dalej.

I.Z.: Tak. To jest dla mnie najważniejsze. To nie jest mój cel, żeby robić jakieś wielkie, spektakularne obiekty, tylko wgryźć się, na ile jest to możliwe, w to miejsce i stworzyć coś, co nie jest obce. Można by rzec, że to nic takiego – napis na ścianie. Ale dla mnie, żeby wejść do tego procesu, żeby to się mogło dokonać, to jest parę miesięcy pracy, o ile nie więcej.

A.W.: Jak w takim razie układał się proces waszej współpracy z lokalnymi artystami? Na ile oni byli tylko wykonawcami projektów, które były przez was całkowicie zdefiniowane, a na ile mieli jakiś twórczy wkład własny? Czy w jakiś sposób doradzali wam, naprowadzali was na jakieś tropy?

I.Z.: Nie mogę się wypowiadać w imieniu innych osób. Nie wiem, jak było w ich przypadku. Ja miałam szczęście, że zaproszono do współpracy Beatrice Searle. Ona ma pracownię obok Govan Graving Docks, na terenach należących niegdyś do stoczni. Podczas spaceru z Iainem mogliśmy ją odwiedzić. Zobaczyliśmy, co tworzy i jakich narzędzi używa. Pracuje w kamieniu i z literami. Gdyby nie ona, użyłabym szablonu. Wycięłabym go i wysłała. Ponieważ proszono nas, żebyśmy przygotowali nasze projekty w sposób łatwy do wykonania dla osób z Govan. Trzeba pamiętać, że oni także mieli lockdown i obecnie szykują się do drugiego zamknięcia. 

A.W.: Z kim jeszcze współpracowałaś?

I.Z.: Najpierw chciałam pracować z drukarnią Glasgow Press, która mieści się obok pracowni Beatrice. Interesował mnie fakt, że funkcjonuje w Govan od pokoleń i że używają starej techniki druku i posiadają czcionki charakterystyczne dla tego miejsca. Niestety, nie odpisywali na maile, więc zaczęłam szukać innej drogi. Dzięki temu, że w Fairfield Heritage Center zrobiłam wyczerpującą dokumentację rzeczy, dokumentów, plakatów, które przyciągnęły moją uwagę, zaczęłam na własną rękę szukać dalszych informacji w internecie. Na przykład zainteresowały mnie filmy i artykuły o strajkach i demonstracjach w stoczni, które wydarzyły się w Govan w latach siedemdziesiątych i dotyczyły oddolnego ruchu znanego pod nazwą „work-in”. Jestem z Gdańska i ta walka o prawa pracownicze jest mi nieobca. Przyciągnęły moją uwagę plakaty, które ludzie nieśli na manifestacjach, lub które mieli zawieszone na ścianach podczas obrad dotyczących ratowania stoczni. I w związku z tym, że litery często były malowane ręcznie, miały swój charakter.

Wiedziałam, że czeka mnie takie wyzwanie jak perspektywa, ponieważ na teren Graving Docks nie możesz wejść legalnie i nie możesz tego zobaczyć z bliska. Jedynie z perspektywy drogi, która jest powyżej i z przystanku autobusowego. A on znajduje się pod skosem do zejścia do doku. Zdawałam więc sobie sprawę, że muszę zrobić coś takiego, co będzie wizualnie przykuwało uwagę z tej odległości i będzie wpisywać się w charakter tego miejsca. Żeby to zrobić, poszłam w lutym na warsztat o liternictwie, prowadzony w Instytucie Kultury Miejskiej przez Eugenię Tynnę (asystentkę na Wydziale Grafiki ASP w Gdańsku). I tam Eugenia powiedziała m.in o tym, że czcionka ma w sobie zapisany czas, który od razu pozwala nam odczytać, że należy do tej gazety, albo do określonego czasu np. lat dziewięćdziesiątych. Mówiła też, że jeżeli dorastamy z jakąś czcionką, staje się dla nas naturalna i łatwa do odczytania, chociaż dla innych może być kompletnie niezrozumiała. Jest częścią naszej tożsamości. I tym tropem szłam. Po tym warsztacie zaprosiłam Eugenię do współpracy. Ona podpowiedziała mi również technikę wykonania mojej pracy. „Przyprócha” jest starą metodą przenoszenia liter. Robi się perforację na wydruku lub rysunku i za pomocą poduszeczki z węglem albo z kredą kopiuje się napis na inne podłoże.

Projekty czcionek Iwony.

Dla mnie to miało znaczenie, że Beatrice będzie napis wypełniać własnymi rękami. Że to nie będzie odbicie szablonu, tylko będzie jej ciało, ona, jej umiejętności. I wszystko to, oczywiście, z nią konsultowałam. Miałyśmy spotkanie na Zoomie oraz pisałyśmy do siebie maile. 

A.W.: Jakiego w końcu rodzaju typografii użyłaś?

I.Z.: Malowanych ręcznie liter z plakatów UCS (Upper Clyde Shipbuilders). Eugenia powiedziała, że jest to rodzaj tzw. „brudnych liter”. Sprawdzaliśmy razem z Hamishem Rhodesem i Inês Cavaco, pracującymi przy “Memory of Water” z ramienia Fablevision Studios, jakie typy fontu są do tych liter podobne. I znaleźliśmy: Liquorstore Bold, Epsum Bold i Lobby Card Oblique. Na ich podstawie i na bazie plakatów zaprojektowałam swoją własną czcionkę. Nie było moim celem, żeby wyglądała zbyt profesjonalnie. Chciałam wprowadzić trochę brudu i trochę tego, co się normalnie nie powinno zdarzyć przy projektowaniu graficznym. Potem moim projektem zajęła się znowu Eugenia, która opracowała go w programie graficznym.

Fot. Hamish Rhodes.

A.W.: Czy ktoś jeszcze pomagał ci przy tej realizacji?

I.Z.: Wpomniani przed chwilą Hamish Rhodes i Inês Cavaco, a także badacz Ian McCracken i Liz Gardiner z Fablevision Sudios. Podczas pracy nad produkcją Hamish podkreślał, że to są historyczne miejsca. Doki są zbudowane z szarego granitu, częściowo ręcznie obrabianego, który jest unikatowy w Szkocji i należy do najwyższej kategorii obiektów chronionych. Zależało mi, żeby nie używać materiałów, które go uszkodzą. Dlatego najpierw myśleliśmy o zmywalnym sprayu, a później „załoga” z Govan kupiła ekologiczne farby. W wewnętrznej stronie nie pokrywamy tła. To jest gra z tym, co jest w środku, a co na zewnątrz. Zewnętrzna fasada będzie odmalowana, a to, co w środku, pozostaje takie, jakie jest, z tymi wszystkimi warstwami. Więc litery zostały wprowadzone na naturalny podkład, składający się z samej konstrukcji, pokrywających ją graffiti i natury, która również zmieniła wygląd tej ściany. Wewnątrz mieści się samo hasło „Born in Govan”, a na zewnątrz – ściana jest pokryta szarością z namalowanym napisem „Made in Shipyards”. Przez to, że konstrukcja i odległość pozwalają na zabawę perspektywą, oba napisy nakładają się na siebie.

A.W.: Projekt nie został jeszcze zrealizowany?

I.Z.: Jeszcze nie, bo przeszkodziła pogoda. Pada deszcz. Myślę, że to kwestia kilku najbliższych dni.

Jak pokazuje powyższy przykład, obiektywne trudności w realizacji planów artystki doprowadziły do kreatywnego przeformułowania jej pierwotnych zamierzeń. Na ich miejscu z konieczności wykluła się alternatywna metoda pracy. Oddelegowanie innych osób do wykonania projektu nie spowodowało, że w pasywny sposób replikowali oni to, czego ona sama nie była w stanie wykonać. Dzięki zawiązaniu się lokalnej grupy roboczej, której członkowie byli partnersko i twórczo zaangażowani w zamierzoną realizację, Iwona nie współpracowała z pasywnymi „awatarami” lecz osiągnęła nową jakość, nie tylko artystyczną.

Zrealizowano ze środków Miasta Gdańska w ramach Stypendium Kulturalnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s